„Chciałbym być człowiekiem Renesansu” – rozmowa ze Zbigniewem Masternakiem

ZBIGNIEW MASTERNAK(ur. 1978) to polski prozaik, autor scenariuszy filmowych, reportażysta i piłkarz. Ukończył scenopisarstwo w Krakowskiej Szkole Filmu i Komunikacji Audiowizualnej. Jako prozaik debiutował na łamach „Twórczości”. Pracuje nad autobiograficznym cyklem powieściowym Księstwo, w latach 2006-2008 ukazały się 3 księgi ChmurołapNiech żyje wolność i Scyzoryk, na podstawie których reżyser Andrzej Barański nakręcił film Księstwo (2011). W 2014 roku ukazała się księga czwarta pt. Nędzole, którą zamierza sfilmować Krzysztof Zanussi. Wcześniej powstały filmy krótkometrażowe: Wiązanka (2003) oraz Stacja Mirsk (2005). Bohater filmu dokumentalnego Zbigniew Masternak – Skazany na książki (2014). Autor noweli filmowej Jezus na prezydenta! (2010).

masternak

28 października na Targach Książki w Krakowie będzie miał premierę 200-stronicowy komiks Zbigniewa Masternaka pt. Nędzole, którego przyjeżdża promować!

Masternak jest stypendystą „Homines Urbani” w Willi Decjusza w Krakowie (2007) oraz laureatem Świętokrzyskiej Nagrody Kultury (2011). W 2012 roku został uhonorowany Nagrodą im. Władysława Orkana za wybitną twórczość literacką. W 2014 r. został nominowany do tytułu Człowiek 25-lecia w województwie świętokrzyskim. Jego książki i opowiadania tłumaczono na języki: niemiecki, serbski, bułgarski, białoruski, ukraiński, macedoński, wietnamski i mongolski. Kapitan Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Piłkarska Osobowość Lubelszczyzny (2015).

JP: Pańskie życie to szereg pasji… Jak udaje się je wszystkie pogodzić?

ZM: Gdy żyli Leonardo da Vinci, czy nawet Blaise Pascal, w swoich mózgach skupiali prawie całą wiedzę, jaką posiadała ówczesna ludzkość. Dziś jest to raczej niemożliwe z takiego powodu, że nastąpiła zbyt wielka specjalizacja. Jak powiemy: lekarz, to nic nie znaczy, bo przecież wyróżniamy ortodontę, ortopedę czy laryngologa. Mało tego – każdy z nich specjalizuje się w jeszcze węższych dyscyplinach. Kiedyś w sporcie można było być dobrym w kilku dziedzinach – przed wojną żył w Polsce taki sportowiec, jak Wacław Kuchar. Uprawiał  lekkoatletykę, piłkę nożną (napastnik, później pomocnik), łyżwiarstwo szybkie i hokej na lodzie. Był wielokrotnym mistrzem Polski i reprezentantem kraju we wszystkich z wymienionych dyscyplin. Dzisiaj nie ma tak wszechstronnych sportowców. No, była Czeszka – Neumanova, biegaczka narciarska i kolarka górska, która reprezentowała Czechy na olimpiadach zimowych i letnich. Zawsze chciałem się realizować w wielu dziedzinach. Żeby uciec z miejsca, w którym się urodziłem (mała wieś Piórków w Górach Świętokrzyskich) trzeba było być wszechstronnym. Od początku dobrze się uczyłem i uprawiałem sport. Tę wszechstronność udało mi się zachować do dziś. Nie jest łatwo, ale nikt nie obiecywał, że łatwo będzie. Na szczęście wszystko, co robię (literatura, film, piłka nożna, rodzina, podróże) się ze sobą wiąże, można to jakoś pogodzić. Na przykład z literatury jest blisko do filmu. Niekiedy literaturze pomaga piłka nożna – w 2012 roku założyłem Reprezentację Polskich Pisarzy w piłce nożnej. Gramy mecze międzynarodowe, a to skutkuje przekładami. Niekiedy z piłki nożnej jest blisko do filmu. W latach 2009-2011 pisałem scenariusz filmu „Transfer”, o korupcji w polskim futbolu(film ostatecznie nie powstał). Ale udało się wykorzystać doświadczenie piłkarskie przy pracy scenarzysty. Kiedy spędzam czas z synem, to głównie na boisku, dzięki czemu mały w wieku dziewięciu lat gra lepiej niż ja jako nastolatek, jest obecnie zawodnikiem jednej z najlepszych szkółek w Europie – FC Barcelona Escola Varsovia. Często podróżuję na spotkania autorskie razem z rodziną, zatem znów łączą się trzy sprawy – rodzina, literatura, podróże. I dzięki takim koincydencjom utrzymanie dobrego poziomu w tych wszystkich dziedzinach jest możliwe.

JP: Czy  sport i wymagania z nim związane – także charakteru –wpływają na Pańskie teksty na poziomie zarówno tworzenia jak i treści?

ZM: Gdybym nie uprawiał sportu, byłbym z pewnością innym człowiekiem. Waleczność z boiska przeniosłem do literatury i filmu, nigdy nie odpuszczam. Kiedy pobiegam, pogram w piłkę, zapominam o tworzeniu, mózg się całkowicie resetuje. Dlatego niepotrzebny mi alkohol czy marihuana, żeby się odstresować. Kondycja z boiska bardzo przydaje się przy intensywnym trybie życia, jaki uprawiam. Niekiedy jestem w podróży 4 noce, śpię wtedy w pociągu, dojeżdżając na spotkania autorskie, których rocznie mam około 150. To duży zastrzyk pieniędzy, świetna promocja w terenie, ale także – możliwość poznawania ludzi i miejsc, co przydaje mi się przy pisaniu książek i scenariuszy filmowych.

JP: Dlaczego zaczął Pan pisać?

ZM: Jak miałem kilka lat, połknąłem dziesięciozłotówkę z Sienkiewiczem, której do tej pory nie udało mi się wydalić. Wtedy się to chyba zaczęło. Dobrze, że to nie był Marceli Nowotko (śmiech).

JP: Jednym z głównych motywów w Pańskiej twórczości jest realistyczne, wręcz naturalistyczne przedstawienie życia, polskiej wsi i ludzi. Czy jest to wyraz jakiegoś celu/ misji? Jaki efekt chce Pan wywołać, czy w jaki sposób wpłynąć na czytelnika?

ZM: Wieś to miejsce, gdzie się urodziłem i wychowywałem. Wnerwia mnie, ale też lubię wiejskie klimaty. Co do realizmu w jej przedstawieniu – taką mam metodę pisarską, bliską reportażu. Wolę opisać prawdę, choćby trudną do strawienia, niż ubarwiać wszystko, koloryzować.

JP: Od czego zaczyna Pan pracę twórczą?

ZM: Materiały do swych książek staram się czerpać z życia. Jakoś bardziej wierzę Balzakowi czy Hemingwayowi, niż Kafce czy Fernando Pessoi. Wyznaję zasadę: najpierw doświadczam, potem opisuję. Zawsze jednak wybiorę życie zamiast literatury. To ono jest na pierwszym miejscu. Założyłem sobie kiedyś, że pożyję 90 lat i opiszę ten czas. Już trochę pożyłem i nieco udało mi się opisać. Może do 90-tki uda mi się stworzyć arcydzieło. Na przykład Nędzole, księga czwarta z cyklu Księstwo, to w znacznym stopniu biografia. Opowiada o przygodach dwójki młodych Polaków we Francji. Pierwsza część książki to klasyczna powieść drogi. Część druga to dramat drobnomieszczański. Moi bohaterowie konfrontują się z Francją, ale i z żyjącą tam polonią. Mierzą się ze stereotypami. To bolesna konfrontacja. Ale niczego tutaj nie odkrywam – takie powieści mogłoby napisać wielu polskich emigrantów, nie tylko o Francji. Bardziej staram się tutaj dokumentować niż konfabulować.

JP: Dlaczego Francja?

ZM: Francja to bardzo ciekawy punkt odniesienia dla Polaków, ze względu na zaszłości historyczne. Pałamy do Francji nieodwzajemnioną miłością od średniowiecza. Od Galla Anonima, przez Sobieskiego, Leszczyńskiego, epokę romantyzmu, przedwojnie i międzywojnie, ba, nawet w czasie stanu wojennego próbowaliśmy trzymać się blisko Francuzów. Ale oni nigdy nie chcieli umierać za Gdańsk. I tak już pozostanie. Francuzi nas nie kochają. Podobnie, jak nie kochają Arabów. To się raczej nie zmieni. Dlaczego Francja? Andrzej Bobkowski stwierdził kiedyś, że kto zjeździł Francję to tak, jakby zjeździł całą Europę. Podpisuję się pod tym zdaniem oburącz.

JP: Pana pisanie jest naznaczone filmową formą i typem obrazowania. Zresztą zajmuje się Pan filmem. Dlaczego więc literatura?

ZM: Chodzi o trwałość materiału. Film to obecnie popularniejsza forma od literatury. Dlatego cieszy mnie, że moje książki i opowiadania są tak chętnie filmowane. Filmy przyczynią się do ich popularyzacji. Jednak to literatura przetrwa tysiące lat, nie film. Wiele filmów nakręconych nawet kilkanaście lat temu ma już kiepską jakość. Nie ma nośników, które pozwolą im trwać w nieskończoność. A słowo zawsze przetrwa. Weź np. Biblię albo epos o Gilgameszu, księgi indyjskie. A porównaj z tym np. Pancernik Potiomkin. Zobacz, jaka różnica w jakości archiwizacji.

JP: Ciekawi mnie, czy ma Pan czasem ochotę napisać jakąś historię ponownie, coś  zmienić, znając już jej wydźwięk?

ZM: Często. Kiedyś dokonam reedycji wszystkich tomów „Księstwa”, wydam ich wersję kanoniczną, ostateczną. Ale staram się nie oglądać ciągle wstecz, bo wtedy stałbym w miejscu, trzeba się rozwijać, zatem więcej energii wkładam w nowe projekty.

JP: Wróci Pan na ojcowiznę?

ZM: Tak, jak się dorobię. Wtedy zburzę oborę i stodołę, a na ich miejscu wzniosę wspaniały pałac. Jak na prawdziwego Księcia przystało.

 

Zbigniew Masternak chciałby nazywać siebie Człowiekiem Renesansu. By móc sobie na to pozwolić, powinien wpasowywać się w pewne kryteria i spełniać określone wymagania, takie jak np.: po pierwsze i najważniejsze powinien nieustannie się kształcić i samodzielnie poszukiwać drogi do rozwoju. Dobrze jeżeli podróżuje , to poszerza horyzonty, otwiera i ubogaca o nową wiedzę, kulturę. Człowieka renesansu charakteryzowało wszechstronne wykształcenie, mnogość zainteresowań i wysoka kultura. To nie są proste wymagania ale można też inaczej. Według słów Leona Battisty Albertiego „człowiekiem renesansu” jest ten „który potrafi dokonać wszystkiego na co przyjdzie mu ochota”. Przenosząc to na plan życia Pana Masternaka, można uznać że wymaganie spełnione, ponieważ pochodzi ze wsi Piórków w Górach Świętokrzyskich, żeby móc coś osiągnąć, wejść w wielki świat musiał być wszechstronny i starć się podwójnie. Dlatego myślę, że do tego warunku najlepiej odnosić się (albo najprzychylniej i najłaskawiej)szukając określeń na postawione sobie wymagania.

Zapoznając się z osobą Zbigniewa Masternaka warto zwrócić uwagę na liczbę płaszczyzn na których próbuje się spełniać i doskonalić. Jest to osoba która nie podąża w jednym kierunku, ale tworzy wiele alternatywnych ścieżek ( często przenikających się) po których może kroczyć. Ile go dzieli od upragnionego celu? Chyba tylko nie włada biegle łaciną i greką!… W każdym razie konsekwentnie do niego dąży i patrzy w przyszłość z perspektywą kilkudziesięciu lat na przód! Spełnienie wyznaczonego celu świadczy o wartości naszego życia, ale w przypadku Zbigniewa Masternaka może wystarczy samo staranie się i dążenie do bycia człowiekiem renesansu? Wcale niewykluczone że sama chęć może świadczyć ze nim jest? (Może oceńcie sami)

14.10.2016

więcej w dziale Papier: