Co się zdarzyło w Chrząstawie? Nietypowa historia wyjątkowej drużyny

Są różne powody, dla których oglądamy filmy dokumentalne. Czasami odczuwamy potrzebę docierania do prawdy na interesujący temat, czasem naturalność i zwyczajność interesuje nas bardziej niż aktorstwo, a dokument pozwala nam bezwstydnie podglądać bliższych i dalszych sąsiadów. A może historie „z życia wzięte” wydają nam się bardziej poruszające?

chrzastawa

W moim przypadku jest zupełnie inaczej – nie przepadam za współczesnymi filmami dokumentalnymi (a już zwłaszcza za modnymi paradokumentami), dlatego, że zwykle nie opowiadają ciekawej historii. Ukazują skrawek rzeczywistości, naświetlają problem (zwykle nienowy), epatują przerysowanymi emocjami i tym samym nie zostawiają miejsca na refleksje ani interpretacje odbiorcy, albo je narzucają, zakładając, że widz nie jest w stanie dojść do pewnych wniosków samodzielnie.

Tymczasem niedawno obejrzałam świetny dokument, który uwiódł mnie swoją fabularnością, narracją, zdjęciami, a przede wszystkim znakomitym scenariuszem Krystiana Kamińskiego, studenta reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego
w Katowicach. Mowa o 53-minutowym filmie Biało-czerwoni z Chrząstawy (2015) przedstawiającym historię najgorszej drużyny piłkarskiej w Polsce. Perypetie klubu, który w trakcie ćwierćwiecza działalności nie wygrał ani jednego meczu, mogłyby być kanwą dobrego filmu fabularnego. Jestem pewna, że nie zabrakłoby chętnych twórców ani aktorów do przedstawienia portretów psychologicznych piłkarzy – w większości „starych kawalerów” – dla których działalność w Lokalnym Klubie Sportowym stała się sensem życia.

A jednak fakt, że taki klub istnieje, zaś jego zawodnicy – na czele z kapitanem, Bohdanem Kwaśniakiem – zgodzili się zaprezentować takimi, jakimi są, dodaje filmowi głębi; sprawia, że oglądając go możemy odczuwać zarówno większe rozbawienie („to się działo naprawdę?”), jak i… smutek? Sentyment? Może nawet rodzaj współczucia, empatii?

Ten film w zastanawiający sposób gra z wrażliwością widza. Kiedy zawodnicy Chrząstawy pchają niesprawny samochód, którym planowali rozwieźć plakaty informujące o najbliższym meczu; kiedy cerują dziurawą bramkę, zapraszają przez megafon na piwo i kiełbaski w trakcie rozgrywek, a w tym czasie sędziwa matka pana Bohdana pierze całej drużynie koszulki, możemy się zdystansować do tego świata, traktując go jako ginący folklor popegeerowskiej wsi. Kiedy jednak kolega z pracy pyta Bohdana o przeciwną drużynę, ten zaś odpowiada „są przed nami w tabeli”, reakcja współpracownika (śmiech i słowa „no, przed wami to na pewno”) wydaje się nieprzyjemną drwiną i zamachem na pewną rzeczywistość, w której nadal króluje pewien idealizm. A przecież jako widzowie lubimy być idealistami, prawda?…

Od początku filmu, w którego klimat wprowadza nas muzyka Kapeli znad Baryczy („Ja jestem chłopak z LZS-u”), możemy wyczuć fatalizm sytuacji, w których znajdują się bohaterowie. Bez sponsorów, pełnego składu, częstych treningów (niekończących się na ławce przed sklepem), odpowiednich warunków do gry („stadion na 300 miejsc, w tym 5 siedzących” – informują nas napisy), walka nie może być wygrana. Paradoksalnie jednak dopiero w takiej sytuacji możemy dostrzec pasję zawodników, którzy śpiewają hymn swojej drużyny i nie poddają się nawet po porażce 27:0; są dumni z każdej strzelonej bramki, których w wieloletniej historii klubu było zaledwie kilka. Ta determinacja powoduje, że jako widzowie nie wchodzimy w rolę kibiców – bookmacherów, przestają nas interesować wyniki. Wydaje nam się, że chłopakom z Chrząstawy należy się chociaż jedna wygrana, a sędzia (którego przepisowy strój i zawodowy stoicyzm wydają się nie z tego świata) być może naprawdę jest stronniczy?

Główny bohater, charyzmatyczny Bohdan, zdecydowanie jest liderem; wykłóca się, bywa roszczeniowy i do bólu naiwny, ale też bierze na siebie wszystkie prace organizacyjne w zespole, które zdarza się, że przebiegają przepisowo. To on jest narratorem – zarówno w dokumencie, jak i żywej historii klubu, bez niego pozostali zawodnicy być może nie mieliby nic do roboty oprócz picia piwa. A wtedy ten film mówiłby już o czymś innym.

Sympatię dla tego naiwnego świata poza porządkiem, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, może wywoływać coś jeszcze: zdjęcia autorstwa Filipa Cicheckiego i Mateusza Wołoczki. Unoszące się nad boiskiem mgły, gra światła i ujęcia z różnych konwencji powodują, że tę samą rzeczywistość oglądamy z odmiennych perspektyw, które pozornie nie zmieniają zasadniczego przekazu, a jednak dodatkowo stymulują emocje widzów.

Czasami nie mamy wątpliwości, że oglądamy film dokumentalny, na przykład kiedy kamera śledzi z góry poruszający się samochód i rejestruje dialogi między pasażerami. Momentami mamy do czynienia z rodzajem telewizyjnego wywiadu, kiedy drużyna, siedząc przy długim stole, wypowiada się do srebrnego mikrofonu. Nie brakuje też jednak konwencji reportersko-sportowej, gdy śledzimy fragmenty meczu, czy wreszcie obyczajowej, widocznej w wiejskich scenkach i ujęciach przyrody – zbyt długich jak na typowy film dokumentalny, w którym wrażenia estetyczne widza nie pełnią wyraźnej roli. To wszystko czyni ten krótki obraz niezwykłym, powiedziałabym „niedzisiejszym”, analogowym; czas w Chrząstawie nadal jest cykliczny, wyznaczają go pory roku na równi z kolejkami rozgrywek.

Chwilami oglądając Biało-czerwonych… miałam wrażenia niczym z lektury literackiego reportażu. Umiejscowiona na mapie, a jednak odrealniona przestrzeń, w której rozgrywają się wydarzenia ważne, dla niektórych może najważniejsze w życiu, a jednak dla ogółu społeczeństwa niemające większego znaczenia. Ten dokument nie epatuje zbrodnią czy krzywdą, nie ma też chyba założeń moralizatorskich na większą skalę. Być może po prostu uczy wrażliwości na drugiego człowieka, dla którego własne sprawy nigdy nie będą do końca przegrane.

Film dostępny na stronie: http://www.cda.pl/video/51525865

9.01.2017

więcej w dziale Ekran: