Czarny marsz

Relacja Michała Mostowego z łódzkiego czarnego marszu pod hasłem „Jestem! Myślę! Decyduję!” [2 października 2016]

14550531_1079198105508992_2140867103_o

Godzina 13. Organizatorzy i straż spotykają się pod Centralem. Scena niemal gotowa, to samo platforma z której będzie krzyczeć nasz wodzirej. Sumarycznie jakieś 50 osób. Rozdzielamy zadania, sektory, sprawy organizacyjne.

13:30. Dojeżdża Warszawa – animacja, straż i „zwykli”, choć tak niezwykli KODerzy. Pod Centralem jakieś 200 osób. Lekko się martwię, jak to będzie z frekwencją, trochę mnie nosi z nerwów. Mnóstwo uścisków, pocałunków i powitań ze znajomymi z całej Polski nieco pomaga. Ale tylko nieco.

13:40. Na placu jakieś 400 osób. Martwię się bardziej. Nie widać żeby ze wszystkich stron ciągnęły miliony. Ze zdenerwowania zaschło w ustach. Mam jeszcze chwilę, idę więc do Galerii żeby kupić coś do picia. Wracam 10 minut później. Szok. Cały plac pod sceną czarny od ludzi. Skrzyżowanie Piotrkowskiej i Piłsudskiego – pełne ludzi z każdej strony. To nie są przypadkowi ludzie, których codzień jest tam dużo. Wszyscy cali na czarno, z transparentami i flagami. Na każdym przejściu na pieszych dziesiątki ludzi. Nie wiem ile nas jest, wiem że bardzo dużo.

14:20 (mniej więcej, nie mam czasu patrzeć na zegarek). Zakończone przemówienia, formuje się czoło marszu, ruszamy. Zakorkowaliśmy skrzyżowanie Piłsudskiego/Piotrkowska na niemal pół godziny. Tak potężna ilość ludzi czeka na nas na Piotrkowskiej z flagami i transparentami, że nim dajemy radę uformować ładny marsz środkiem Piotrkowskiej mija ładna chwila. Straż ma pełne ręce roboty, ale w szybko wymienianych spojrzeniach widać jedno – niesamowite zaskoczenie. Ale i radość. Nie wiem ile tysięcy ludzi zgromadziło się dziś, by zaprotestować, ale jestem pewien jednego – kwietniowa manifestacja, na której było około 4 tysięcy ludzi, nie dorasta tej do pięt.

Około 16:00. Dochodzimy do Placu Wolności. Po drodze bez większych incydentów, marsz przebiegał spokojnie, manifestujący szybko podchwycili hasła animacji, krzyk wkurzonych kobiet i popierających je mężczyzn niósł się daleko. „Zostawcie nasze macice” „Moje ciało – moja sprawa” i wiele innych. Jedynie kilkoro zwolenników zakazu aborcji zgromadziło się przy pasażu Rubinsteina. Kordon otaczającej ich policji był bardziej liczni niż oni sami – nas obok płynęły setki i tysiące.

Na Placu Wolności jeszcze kilka szybkich przemów, silnych, porywających, bardzo emocjonalnych. Głośne wiwaty protestujących, wypełniających cały plac po brzegi. A potem pożegnania. Nie wiem ilu osobom uściskałem dziś dłoń. Z Katowic, Wrocławia, Kielc, z każdego kawałka Polski. Wszyscy dziś wsparli nas – a przede wszystkim nasze kobiety.

Podsumowując… Marsz, cytując relację z telewizji, „przekroczył najśmielsze założenia organizatorów”. I przekroczył. I dobrze! Takie niespodzianki lubimy! Kolejnym miłym zaskoczeniem była potężna ilość mężczyzn, popierająca postulaty i protest kobiet. Tak samo zadziwiła bardzo duża liczba młodzieży na marszu. To dobrze, sprawa aborcji i dzieci jest sprawą przecież bezpośrednio ich dotykającą… Budzą się, a to wspaniale!

Cały marsz przeszedłem ze ściśniętym gardłem i wilgotnymi oczyma. Ale najbardziej zapadł mi w pamięć jeden moment. Pamiętam jak przechodziło obok mnie kilku młodych chłopaczków i dziewczyn. Pewnie z ONR, wnioskując po wyglądzie. Rzucili do mnie szyderczo „A za czym kolejka ta stoi?”. Nie odpowiadałem im – polecieli dalej. Ale znam odpowiedź. Brzmiałaby: „Za prawami człowieka. Za waszymi także”

03.10.2016

 

więcej w dziale Miszmasz: