Czy jesteś dostatecznie blisko? O fenomenie fotografii socjologicznej

„Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to znaczy, że nie jesteś dostatecznie blisko.” Te słowa Roberta Capy, węgierskiego fotoreportera z pierwszej połowy XX wieku, wydają się kwintesencją tego, co nazywamy dziś „fotografią socjologiczną”. Z drugiej strony aparat fotograficzny pozwala nam na pokazanie tylko wycinka rzeczywistości, wybranego fragmentu otaczającego nas świata. Czy można zatem powiedzieć z całą pewnością, że zdjęcia oddają „więcej niż tysiąc słów”? Czy oddają w ogóle cokolwiek?

fotografia
Ilustacja: https://leclownlyrique.wordpress.com/2012/04/07/il-faut-avancer-pour-ne-pas-perdre-lequilibre/

Jeśli założymy, że fotografujący jest twórcą, należy też moim zdaniem od razu przyjąć, że jest twórcą szalenie subiektywnym. Z jednej strony pragnącym oddać rzeczywistość jak najwierniej, z drugiej zaś – skrupulatnie pracującym nad idealnym (według niego!) kadrem, najlepszym (według niego!) ustawieniem aparatu, właściwym (ponownie: nierzadko tylko w jego mniemaniu!) stopniem otwarcia przysłony etc.

Jak zatem stwierdzić, czy „dostatecznie blisko” Capy ma miejsce już czy może powinniśmy przysunąć się do fotografowanego obiektu jeszcze kilka (a może nawet kilkadziesiąt) centymetrów? Nie da się. Podobnie jak nie można, według mnie, wykonać zdjęcia idealnego. Co zatem można? Co da się zrobić, i co jest osiągalne dla fotografujących? Do czego dążą twórcy zdjęć?

Nie ulega wątpliwości, że wiele zależy od tematu, na jaki decydują się fotograficy i fotografowie.
Postanowiłam skupić się na portrecistach, osobach, których celem jest „uchwycenie” człowieka. No właśnie – człowieka czy jego fragmentu? Ponownie wracamy do kwestii, która nie pozwala na jednoznaczne określenie charakteru dziedziny sztuki, jaką jest fotografia. Jeśli nawet zdecydujemy się zarejestrować na materiale światłoczułym (a w dzisiejszych czasach – kartach pamięci) wizerunek ludzki, nie oznacza to, że oddana zostanie cała natura portretowanego. Doskonałym przykładem osoby, której przez wiele lat przychodziło mierzyć się z tym problemem, jest polska wybitna fotograf Zofia Rydet, która swoimi pracami na zawsze zmieniła charakter narodowej, a także europejskiej i światowej fotografii, wzbogacając ją o setki przykładów fotografii socjologicznej w najwłaściwszym tej definicji znaczeniu.

Zdjęcia, na których „zwykli”, „codzienni”, chciałoby się powiedzieć, ludzie, zostali uwiecznieni
w swoich własnych „zwykłych” i „codziennych” sytuacjach, na dobre przeszły do historii. Cały zbiór prac Rydet nosi zresztą tytuł Zapis socjologiczny, i takim właśnie zapisem wydaje się być. Autorka doskonale łączy wizerunki ludzi z zapisem fotograficznym miejsc, które tym ludziom są bliskie.
Na fotografiach widzimy zarówno wnętrza sklepów, izby mieszkalne, mieszkania klasy średniej, jak
i podwórka przed drewnianymi chatami. Rydet nie ocenia, nie wartościuje swoich modeli. Wydaje
się przyjmować świat takim, jaki jest – bez upiększania i koloryzowania. Jednocześnie warto zauważyć, że z jej zdjęć rzadko (jeśli w ogóle) emanuje poczucie żalu, niezgody ze światem czy zwyczajnej biedy. Zarówno jedna, jak i druga strony projektu wydają się brać z otaczającej ich rzeczywistości to, co najlepsze.

Dodatkowym atutem prac polskiej fotograf są wysmakowane kompozycje wizualne. I tu znowu: autorka nie ingeruje zanadto w rejestrowaną rzeczywistość. Komponuje zdjęcia z tego, co ma: zastanego wnętrza i ludzi, którzy przez lata (chcąc nie chcąc) stali się tego wnętrza integralną częścią. Jeden ze znanych mi fotografów wypowiedział podczas wykładu akademickiego następujące zdanie: „Zdjęcia czarno-białe, tak samo zresztą jak filmy, zawsze łatwiej się bronią.” Patrząc na prace z cyklu Zapis socjologiczny, myślę, że zdanie to jest jak najbardziej prawdziwe. Osobiście nie sądzę jednak, aby dodanie do prac Rydet koloru ujęło im czegokolwiek.

Innym wybitnym twórcą fotografii socjologicznej był tworzący od początku lat 20. w XX wieku Artur Felling ps. Weegee. Ten amerykański fotograf-reportażysta mający ukraińskie korzenie zapisał się w historii fotografii, wykonując dziesiątki zdjęć z użyciem podczerwieni. Zarejestrowane przez niego nocne portrety kochanków na plażach, ofiar zbrodni na ulicach Nowego Jorku czy złapanych na gorącym uczynku złodziei podbiły światowy rynek fotograficzny. Portrety Fellinga różnią się jednak wyraźnie od prac polskiej fotograf. Przede wszystkim Amerykanin uwieczniał swoich modeli na zdjęciach w chwilach, kiedy nie mieli oni świadomości bycia fotografowanymi. Artysta potrafił m.in. ukrywać się nocą w miejskim parku czy przybywać na miejsce zbrodni jeszcze przed służbami policyjnymi. Wszystko po to, aby jak najwierniej oddać atmosferę i charakter rejestrowanego wydarzenia. Jego zdjęcia są tajemnicze, niepokojące – wionie od nich atmosfera niebezpieczeństwa i niepewności. Oglądając je, mamy wręcz wrażenie, że stajemy się mimowolnymi „podglądaczami” sytuacji, które w żaden sposób nie powinny być widoczne naszym oczom.

Ostatnią przywołaną przeze mnie, a zarazem pierwszą w porządku chronologicznym spośród trójki tworzących fotografie socjologiczne będzie Dorothea Lange. Autorka tak znamienitych fotografii jak Migrująca matka czy Biały anioł w kolejce po chleb przez lata pracowała na zlecenie Farm Security Administration (agencji rządowej zajmującej się fotografowaniem Ameryki z czasów Wielkiego Kryzysu). Lange zdobyła sławę m.in. właśnie dzięki zdjęciu zatytułowanemu Migrująca matka/Matka tułaczka. Przedstawia ono 32-letnią Florence O. Thompson, matkę siedmiorga dzieci, która w 1936 roku przemierzała wraz z rodziną Amerykę, aby znaleźć pracę w dobie Wielkiego Kryzysu. Wykonana wówczas fotografia przysporzyła sławy zarówno modelce, jak i fotografowi. Nie w każdym przypadku była to jednak sława w dobrym tego słowa znaczeniu.

Choć Thompson nie rozmawiała z Lange o swoim dotychczasowym życiu, Dorothea ubarwiła jej historię i niejako dołączyła ją do wykonanego wówczas zdjęcia. Jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, opowieść szybko zyskała nowy wymiar, obudowana licznymi dygresjami i całkowicie nieprawdziwymi detalami. Tak czy inaczej Florence O. Thompson stała się swoistą ikoną Ameryki czasów Wielkiego Kryzysu.

Ale czy w przypadku takiego zachowania Lange, gdy mamy do czynienia z niezwykle silną ingerencją fotografa w charakter fotografowanego, można nadal mówić o przynależności zdjęć do nurtu fotografii socjologicznej? Czy nie została przekroczona granica, za którą twórca zdjęć staje się nazbyt subiektywnym kreatorem rejestrowanej rzeczywistości? Czy wykonane w ten sposób zdjęcia nie są już przykładem fotografii propagandowej?

Nie od dziś wiadomo przecież, że amerykańscy fotoreporterzy przynależący do FSA, w tym także autorka Migrującej matki, byli przez rząd amerykański bardzo dokładnie instruowani odnośnie charakteru tworzonych wówczas zdjęć.

Wydaje mi się, że trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Tak samo jak trudno jest postawić konkretną granicę pomiędzy fotografią socjologiczną a artystyczną. Przecież jeżeli przyjmiemy, że główną cechą zdjęć socjologicznych jest ich obiektywizm, to tak naprawdę żaden przykład fotografii w pełni nie oddaje charakteru tego nurtu. „Gdybyście wy [widzowie] tu byli, na pewno zarejestrowalibyście, zobaczyli i zapamiętali całkiem inne obrazy i sytuacje”, powiedział podczas podróży po Madagaskarze Antoine Bourdain, francuski szef kuchni prowadzący autorski program kulinarno-podróżniczy w jednej ze stacji telewizyjnych. I chyba miał w tym dużo racji. Bo nawet jeśli uznamy, że zarejestrowany przez mechanizm aparatu fotograficznego obraz jest przedstawieniem naturalnego otoczenia, to jednak fotografujący dokonał pewnych wyborów, od wyboru tego konkretnego fragmentu rzeczywistości począwszy. Pokazał nam tym samym tylko część tego, co sam był w stanie zobaczyć. „Wykroił” dla widzów niezwykle mały fragment, narzucając tym samym swoje zdanie na temat rejestrowanej rzeczywistości.

Niestety, na takie ustępstwa musi godzić się ktoś, kto decyduje się na połączenie socjologii z fotografią. Tego, że istnieje między nimi silny związek, nikomu raczej udowadniać nie trzeba. Mówią o tym choćby daty. Za moment narodzin fotografii przyjmuje się rok 1839. W tym samym roku ukończone zostało też sześciotomowe dzieło Augusta Comte’a pt. Kursy filozofii pozytywnej. Jej autor jest przecież uważany za twórcę terminu „socjologia”. Związek tych dwóch dziedzin wydaje się zatem oczywisty. Czy możliwe jest jednak pełne oddanie na zdjęciach charakteru rejestrowanej przestrzeni, a także jej mieszkańców? Czy nie uniemożliwia tego ograniczoność techniki zdjęciowej, a także ludzkiego oka? Czy wreszcie człowiek jest w stanie wyzbyć się, wrodzonego przecież, subiektywizmu i ujrzeć fotografowaną przestrzeń taką, jaka ona rzeczywiście jest? A może właśnie owe „takie, jakie jest” wcale nie istnieje? Nie ma jednego wspólnego, właściwego obrazu? Nie ma obiektywnej wersji tego, co widzimy? Jeśli przecież nie jesteśmy nawet w stanie ujrzeć prawdziwej wersji siebie w lustrze, jak można próbować mówić o prawdziwości świata oglądanego przez wizjer aparatu fotograficznego?

Społeczeństwo zmienia się, tak samo, jak zmienia się świat, w którym ono funkcjonuje. Badaniem tych zmian zajmuje się właśnie nauka zwana socjologią. Dziedzina sztuki, jaką jest fotografia, może te zmiany pomóc dokumentować. Czy jednak odda ich przebieg w pełni? „Choć aparat fotograficzny nie może wyrazić duszy, to może to zrobić fotografujący”, powiedział niegdyś Ansel Adams, mistrz fotografii, współzałożyciel legendarnego stowarzyszenia fotografów „f/64”.

Mnie bliżej jest chyba jednak do słów innej legendy fotografii, Garry’ego Winogranda, według którego „Przedmiotem fotografii nie są fotografowane rzeczy, lecz to, jak one wyglądają po sfotografowaniu”. I tak właśnie chyba jest z fotografią socjologiczną. Jej przykładami są nie ludzie, przestrzenie i zmiany, jakie w nich zachodzą, ale wspólny ich obraz, jaki powstaje po sfotografowaniu. Czy zatem fotografia socjologiczna nie traci tym samym wiele ze swojej autentyczności?

więcej w dziale Miszmasz: