Czy Polak potrafi straszyć?

Niektórzy twierdzą, że filmowy horror to gatunek manieryczny i bardzo formalny, w kółko wałkujący te same tematy i operujący tymi samymi schematami. Ale może nie o oryginalność tu chodzi? Chodzi o to, żeby widza porządnie nastraszyć. Jak z tego zadania wywiązuje się polska kinematografia?

wilczyca4
(ilustracja na podstawie kadru z filmu "Wilczyca")

Marek Hłasko powiedział:

Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę, jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba, na Boga?

Faktycznie, odnosząc tę myśl do X muzy, od niepamiętnych czasów polskie kino dokonywało rozrachunków, moralnie niepokoiło, a w komediach przemycało aluzje lub gorzko komentowało rzeczywistość. I chociaż mamy dużo mickiewiczowsko-leśmianowo-witkacowskich tradycji w dziedzinie dziwów i strachów, horror, szczególnie w ostatnich latach, nie jest naszą mocną stroną.

Na początek – poszperajmy w internecie. Wikipedia wymienia 27 polskich horrorów, w tym jedynie 9 nakręconych po 1989 roku. Trzynaście z nich jest ekranizacjami prozy, dwa to filmy animowane, pięć to krótkometrażowe (ok. 30 minut) odcinki serii „Świat grozy” zrealizowanej w latach 60. minionego wieku. Strona imdb.com jest trochę bardziej łaskawa (proponuje 39 tytułów), traktując jednak pojęcia „polski” i „horror” trochę zbyt szeroko. Jakie tematy poruszają nasze filmy grozy? Ot, kilka cytatów z Wikipedii:

Sara jest bardzo piękną i zmysłową kobietą. Nikt jednak nie wie, że w rzeczywistości liczy sobie ponad sto lat i jest potworem. („Dom Sary”, reż. Stefan Grabiński, 1985)

Ewa (…) przeprowadza drastyczne eksperymenty na roślinach, które odczuwają poprzez nie ból i strach. Jej mąż jest niespełnionym ambicjonalnie nauczycielem. („Drzewa”, reż. Grzegorz Królikiewicz, 1995)

W małym, śląskim miasteczku zaczynają znikać i umierać ludzie. (…) Wśród mieszkańców krąży legenda o hienie, która uciekła z pobliskiego zoo. („Hiena”, reż. Grzegorz Lewandowski, 2007)

Iza jest piękną wampirzycą, która uwodzi i zabija mężczyzn. Pewnego dnia zgłasza się do psychiatry Rudolfa Junga i prosi go, by wyleczył ją z „wampiryzmu”. („Lubię nietoperze”, reż. Grzegorz Warchoł, 1985)

Pojawia się Nieznajomy, który zwodzi Roberta na drogę zbrodni i zatracenia własnej duszy. Z podszeptów Nieznajomego zabija własnego przyrodniego brata, a potem ojca i matkę. Schodzi na drogę pijaństwa, rozpusty i występku. („Osobisty pamiętnik grzesznika przez niego samego spisany”, reż. Wojciech Jerzy Has, 1986)

Wanda, żona psychiatry Stanisława Czalawy zwraca się o pomoc do innego psychiatry – doktora Stockiego. Jej problem jest nietypowy. Co noc jest napastowana przez brutalnego, brudnego, cuchnącego wódką mężczyznę bliźniaczo podobnego do jej męża, który śpi obok w małżeńskim łożu. („Problemat profesora Czelawy”, reż. Zygmunt Lech i Aleksander Sajkow, 1985)

Sopot, 3 października 1933 roku – dzieją się w mieście dziwne rzeczy: komisarz Selin budzi się rankiem nad morzem w koszu plażowym, nie pamiętając jak się tam znalazł; nauczycielka Luiza w trakcie lekcji opuszcza szkołę i kradnie starą suknię z muzeum; Andrzej przybywa pociągiem z Warszawy, nie znając celu swego przybycia. („Medium”, reż. Jacek Koprowicz, 1985)

Tematem polskiego horroru jest nie tylko pijaństwo (domyślamy się, jak poprzedniego wieczora spędzał czas komisarz Selin); pojawia się – oczywiście! – wiele wątków martyrologiczno-historycznych: strach wyłania się z lokalnych lasów i moczarów, zamykając bohatera między młotem nadprzyrodzonych złośliwców a kowadłem zaborców. Filmowcy chętnie czerpią inspirację z kultury ludowej, bo stare, zapomniane gusła lubią o sobie przypomnieć, a w kinie przypomnieć widzowi, po co jego babcia na wsi sypała sól na próg domu i wieszała czosnek nad piecem (czekam na bardziej „miejski” film o człowieku, który nieopatrzenie nie złapał się za guzik widząc kominiarza).

Przyjrzyjmy się bliżej kilku reprezentantom polskiego kina grozy. Dwa w mojej opinii najlepsze – jeden młody (2005), drugi wiekowy (1972) – noszą ten sam tytuł – „Diabeł”. W czasach obecnych diabeł to postać kojarząca nam się raczej z ludycznym rokitą straszącym kozimi różkami i wywijającym krowim ogonem, wesoło psocącym w ludzkich sprawach – takiego diabła nazwiemy Disnejowskim. Jest także diabeł Bułhakowski, czyli przerysowany filozof, wiecznie analizujący konflikt dobra ze złem, Goetheańsko pragnąc zła, ale wiecznie czyniąc dobro. Polskie filmowe wcielenia diabła są dużo bardziej subtelne, można by rzec – bliższe oryginałowi. Istnieją po to, by wyzwalać zło w nas samych.

Diabeł (1972)

(reż. Andrzej Żuławski, wyst. Leszek Teleszyński, Wojciech Pszoniak, Małgorzata Braunek)

„Diabeł” to chyba pierwszy i prawdopodobnie jedyny polski film postapokaliptyczny. Apokalipsa nastąpiła – przynajmniej dla głównego bohatera, młodego patrioty Jakuba – w 1793 roku, po wkroczeniu Prusaków do Wielkopolski. Świat rozleciał się w gruzy, poprzedni porządek moralny i społeczny upadł, zapanował chaos, bieda i przemoc.

Jak w każdym porządnym postapokaliptycznym świecie, główny bohater wędruje po dogorywających pobojowiskach, pustkowiach i lasach. W jednej ze scen spotyka grupę degeneratów, cyrkowców będących karykaturami samych siebie sprzed apokalipsy („Żaden z nich [wcześniej] nie był aktorem, żaden linoskoczkiem”). Gdy ucieka przed zbyt nachalnie proszącymi o jego „piękne ciało” dyrektorem grupy i „wszystkim chętną” Turczynką znad Bosforu, dyrektor pyta retorycznie:

Co jest upadkiem? Słabość wobec zła czy zło wobec słabości?

Gdy Jakub dociera w końcu w swoje rodzinne strony, zastaje obraz całkowitej degrengolady. Ojciec, przed śmiercią kazirodczo wykorzystujący swoją córkę, popełnia samobójstwo. Siostra całkowicie oddaje się perwersyjnej nimfomanii („Lubię jak mnie biją”). Matka, która „osiągnęła sukces rozumnie – nierządem”, jest zadowoloną z siebie burdel-mamą, urządzającą dla bogatej klienteli pokazy seksu grupowego. Narzeczona, porzuciwszy Jakuba, zachodzi w ciążę i poślubia jego najlepszego przyjaciela. Jakub, porównany do Hamleta, popada w obłęd, traci kontakt z rzeczywistością, targają nim epileptyczne ataki. Wtem tajemniczy nieznajomy (genialny Pszoniak), być może tytułowy diabeł, wsuwa Jakubowi do ręki brzytwę i mówi, że ten musi oczyścić świat, tak jak Chrystus. Jakub waha się, ale w końcu rozpoczyna swoją misję, chlastając brzytwą na prawo i lewo. A wszystko to z troski o Ojczyznę.

Film jest nakręcony sprawnie, bez kompleksów. To bardzo klimatyczny, ale i krwawy slasher. Jest i nagość, i gwałt, i najróżniejsze dewiacje, i szaleństwo w czystej postaci. Jest i diabeł tańczący na zgliszczach Rzeczpospolitej.

Czy straszy? Tak, choć bardziej klimatem, i bardziej tych, którzy kochają Ojczyznę. Czy to dobry film? Zdecydowanie! Bardzo wciągający, nadal szokujący i sprawnie zrealizowany.

Diabeł (2005)

(reż. Tomasz Szafrański, wyst. Andrzej Grabowski, Stanisława Łopuszańska)

Krótka etiuda filmowa (40 minut), ukazująca historię umierającej, wiejskiej staruszki. Jej syn wynajmuje inną starą kobietę do opieki nad chorą. A jej usługi nie są tanie! Choć jest statycznie (jedna staruszka leży na łożu śmierci, a druga przy niej czuwa) atmosfera się zagęszcza. Mimo ponurej diagnozy lekarza, staruszka wciąż nie umiera, a dręczące syna retrospekcje z dzieciństwa wzbudzają podejrzenia, że umierająca (kolekcjonująca – a jakże! – przerażające lalki), nie ma czystego sumienia. Film epatuje turpizmem: brzydota starego ciała, brzydota polskiej wiejskiej biedoty, wewnętrzna brzydota cynicznych mieszkańców. Obraz wieloznaczny, ale nie pretensjonalny.

Czy straszy? Momentami. Czy to dobry film? Klasa światowa! Polecamy!

Wilczyca

(reż. Marek Piestrak, wyst. Iwona Bielska, Krzysztof Jasiński, 1982)

Oto prawdziwie polski film grozy: Kacper Wosiński zajęty powstańczymi walkami z austriackim zaborcą zaniedbuje żonę, która korzysta z okazji i prowadzi wyzwolony tryb życia i uprawia czary. Dogorywając po nieudanej próbie aborcji, rzuca klątwę na męża. „Znajdę cię!”, grozi mu. I groźby dotrzymuje, bo powraca pod postacią tytułowej wilczycy, a także rozpustnej hrabiny Julii, zagrażając Kacprowi i jego najbliższym nie tylko fizycznie ale i moralnie. „Wilczyca” jest nakręcona bardzo sprawnie, atmosfera izolacji głównych bohaterów podkreślona jest ciemnymi, zimowymi pejzażami oraz poczuciem zagrożenia ze strony cesarskich wojsk, chętnych wyłapywać co aktywniejszych powstańców i wieszać ich na drzewach. Film ukazuje głównego bohatera, który przechodzi przez serię mąk, strat, rozczarowań i lęków. Ale nie załamuje się i w końcu bierze sprawy w swoje ręce…

Reżyser Marek Piestrak nakręcił także kilka innych filmów grozy: „Klątwa Doliny Węży” (1987), „Powrót wilczycy” (1990), „Łza księcia ciemności (1992)”, co czyni go chyba najwybitniejszym przedstawicielem horroru w nadwiślańskiej krainie. W „Wilczycy” jest dużo wszystkiego, więc miłośnicy gatunku nie powinni być rozczarowani. Jest wbijanie osinowych kołków, żywy trup, (zasugerowany) perwesyjny seks, satanizm i trochę akcji. Oczywiście filmowi daleko do sprawności technicznej współczesnych wysokobużetowych amerykańskich horrorów, ale nie porównujmy psa z kotem… To znaczy, z wilkiem.

Czy straszy? Ja, widząc scenę z żywym trupem, podskoczyłem. Także gdy oglądałem film kolejny raz. Czy to dobry film? Tak, to bardzo dobry film.

Legenda

(reż. Mariusz Pujszo, wyst. Joanna Liszowska, Michał Anioł, 2005)

Może się mylę, ale najczęstszą recenzją nowych polskich horrorów jest słowo „żenada”. Co prawda horror wydaje się prosty w produkcji, bo triki są znane (stare legendy, twarz w lustrze, wyskakujące z krzykiem zdeformowane ciała). Wystarczy brać garściami, przecież oryginalność nie jest najważniejszą cechą horrorów. Niestety, odtwórczość wychodzi nam słabo.

Film „Legenda” miał być właśnie takim syntetycznym horrorem, strasznym dla bycia strasznym. Grupa dziewcząt przyjeżdża na zamek, gdzie odbywa się wieczór panieński jednej z nich. Tam sprawy idą źle, bo uaktywnia się duch Piasta sprzed wieków, zmuszając panie do desperackiej walki o przetrwanie. Ładne dziewczyny, klimatyczne wnętrza, wartka akcja pełna niezapowiedzianych zwrotów, dobrze sprawdzone filmowe techniki straszenia. Gdzie więc popełniono błąd? Czy zatrudniając ładne, ale aktorsko bezwartościowe panie? Czy też może po prostu budżet był za niski (co łatwo poznać po jakości efektów specjalnych)?

Żenada? Tak. Żenada w stylu Eda Wooda? Ani trochę. Czy straszy? Tylko wyjątkowo strachliwych. Czy to dobry film? Nie.

Z drugiej strony, łatwo krytykować, wyśmiewać i wskazywać palcem. Czy jest coś wartościowego w tym filmie? Tak, kreacja Michała Anioła to majstersztyk. Swoją rolą zamkowego dozorcy udowadnia nam, że w horrorze można być autoironicznym, jednocześnie pozostając poważnym i przerażającym. Czegoś takiego nie widziałem nigdzie indziej!

Podsumowanie

Więc jak to jest z polskim horrorem? Na pewno produkujemy dużo żenady, ale dzieje się tak w każdej dziedzinie sztuki wszędzie na świecie. Na pewno nakręciliśmy kilka perełek. Jest ich mało, ale są.

1.08.2014

więcej w dziale Ekran: