Duże dzieci postmoderny , czyli Cartoon Network lat 90.

Co na programie z kreskówkami robili Mroczny Kosiarz i Transseksualny Diabeł?

CartoonNetwork
Ilustacja: Anna Dauenhauer

W 1992 roku w Stanach Zjednoczonych Turner Broadcasting System dał życie nowej stacji telewizyjnej – Cartoon Network. Na stacji początkowo emitowane były przede wszystkim seriale animowane wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer oraz Hannah-Barbera znane również doskonale polskiej publiczności, takie jak „Flinstonowie” („The Flinstones”), „Jetsonowie” („The Jetsones”), „Tom i Jerry”, „Kocia Ferajna” („Top Cat”), „Miś Yogi” czy „Scooby-Doo”. Choć stacja konsekwentnie określała siebie mianem kanału dla dzieci, to gdy zaczęły pojawiać się produkcje Cartoon Network Studios, target przestał być oczywisty. Ci, którym znana jest ramówka z lat 90., doskonale wiedzą, dlaczego posuwam się do takiego stwierdzenia. Przyjrzyjmy się bliżej serialom, które podają pod wątpliwość założenie, jakoby Cartoon Network był kierowany do młodych odbiorców.

Już w dwa lata po rozpoczęciu działania Cartoon Network stacja stworzyła swój osobny blok nazwany „What a Cartoon!” lub „Cartoon Cartoons”, w którym pojawiały się pozycje znane dzieciakom lat 90. prawie na całym świecie: „Laboratorium Dextera” („Dexter’s Laboratory”), „Atomówki” („The Powerpuff Girls”), „Dwa głupie psy” („Two Stupid Dogs”), „Johnny Bravo”, „Chojrak Tchórzliwy Pies” („Courage – The Cowardly Dog”), „Krowa i kurczak” („Cow and Chicken”), „Jam Łasica” („I am Weasel”), „Ed, Edd i Eddy”. Po roku 2000, z najbardziej znanych pozycji, do kolekcji dołączyły: „Mroczne opowieści Billy’ego i Mandy” („The Grim Adventures of Billy and Mandy”), „Samuraj Jack”, „Kryptonim: Klan na drzewie” („Codename: Kids next door”), „Dom Dla Zmyślonych Przyjaciół Pani Foster” („Foster’s Home For Imaginary Friends”), „Harcerz Lazlo” („Lazlo Camp”), „Robotboy”, „Ben 10”, „Chowder” oraz „Niezwykłe przypadki Flapjacka” („The Marvelous Misadventures of Flapjack”). Cały ten zbiór wyróżnia zestaw charakterystycznych cech gatunkowych. Świat przedstawiony jest ograniczony do konkretnego obszaru, w którym zdarzają się różne absurdalne i nieprzewidywalne z punktu widzenia odbiorcy przypadki. Osią akcji zazwyczaj jest zespół tradycyjnych, klasycznych problemów typowych dla danego głównego bohatera. Dla przykładu: Dexter musi radzić sobie z namolną siostrą, Atomówki pokonywać potwory atakujące miasto, trzech Edów chce się wzbogacić na naiwności innych, Chojrak musi obronić swoją rodzinę przez okrutną śmiercią. Każdy odcinek to powtórzenie znanego widzowi motywu w innych okolicznościach, ubranego w inną sytuację. I na tym właśnie polega wyjątkowość tych produkcji.

Widz, znając specyfikę danego serialu, może spokojnie stwierdzić, co na pewno będzie w następnym odcinku. A jednak poziom fabuły jest niemożliwy do odgadnięcia żadną miarą. Absurd jest niejednokrotnie doprowadzony do granic możliwości, nie sposób jest wpaść na to, co spotka bohaterów za chwilę, czym zostaniemy za moment zaatakowani. Z jednej strony spójna całość, zapewniona niezmiennością miejsc akcji i sytuacji bohaterów, z drugiej nieustanne naginanie zasad logiki na bardzo różnych poziomach. Owszem, możemy się spodziewać, że na Townsville (miasto Atomówek) napadnie kolejny złoczyńca, ale kto wie, czym on się okaże? Znając Mojo Jojo (małpa w turbanie) czy Felera Lumpeksa (różowego stwora, grającego na banjo), nagle możemy zostać uderzeni postacią transseksualnego diabła w różowym boa, który na zmianę posługuje się męskim i żeńskim głosem. Wiemy, że na Nigdzie (miejsce zamieszkania psa Chojraka z rodziną) napadnie kolejny kataklizm, ale będzie to raczej wielki gadający karaluch czy armia bakłażanów? W końcu nie ma najmniejszych szans, żeby zgadnąć, co za chwilę powie wysoki jednobrewy Ed. Czy będzie to coś w stylu: „Lubię kurczaki” czy: „Nie uważam tak, Eddy, bez bułki to i parówka nie ma domu”.

O ile wspomniane produkcje są fascynujące na bardzo wielu płaszczyznach, o tyle najbardziej nurtuje mnie kwestia, jak to się właściwie stało, że wolno nam to było oglądać w dzieciństwie. Oczywiście, sama przesiedziałam przed telewizorem sporo czasu jako dziecko, gdy tylko miałam możliwość utopić się w kreskówkowym świecie i absolutnie nic ze wspomnianych oryginalności i dziwactw nie przykuło mojej uwagi. Jako dzieci bierzemy za normalne to, co nam się podaje i wcale nie ma to znaczącego wpływu na nasz rozwój jako taki tak długo, jak długo zdumiewające kreskówkowe zjawiska nie wkraczają w świat, który już zdążyliśmy poznać i przyjąć jako własny. Ten proces przebiega w różnym czasie, w zależności od jednostki i wychowania zapewne, jednak przypuszczam, że bez względu na to, ilu z nas spędziło ile czasu nad produkcjami Cartoon Network, psychika żadnego z nas nie została specjalnie skrzywiona przez ich niewiarygodną rzeczywistość, wypełnioną bądź co bądź patologią. Nie ruszało nas to, bo hej – to przecież tylko kreskówki. Ale nasi rodzice byli na innej pozycji. Oni widzieli diabły poprzebierane za brzydkie kobiety, mrocznego kosiarza torturowanego przez dwójkę małolatów ze względu na przegrany zakład o zwłoki chomika i przerażającego fryzjera golącego wszystko i wszystkich na łyso. Z punktu widzenia rodzica umysł dziecka jest w takiej sytuacji poważnie zagrożony. Zapewne wielu rodziców odciągało dzieci od ekranów, słysząc te nieprawdopodobne bzdury i z groźną miną zabraniało więcej oglądać. Psychologia rozwojowa z pewnością tłumaczy zjawisko dysonansu pomiędzy lękiem rodzica o prawidłowy rozwój dziecka a kontaktem dziecka z patologią w mediach (zwłaszcza zaś w kreskówkach) i brakiem wpływu na jego młodą główkę, ale nie będziemy się w niego teraz szczególnie zagłębiać. Co mi się z tego punktu wydaje bardziej zajmujące, to druga strona medalu: dlaczego targetem określonym przez wytwórnię były dzieci?

Cały projekt Cartoon Network jest szalenie zajmujący – scenarzyści, rysownicy, producenci – ktoś to naprawdę stworzył! Góra seriali o ogromnych liczbach odcinków, oparta na absurdalnym, bardzo bezpośrednim humorze i patologiach różnego rodzaju, uwypuklanych wulgarną kreską. Już mniejsza o to, czy to ma wpływ na dziecko czy nie. Drodzy twórcy – czy naprawdę sądzicie, że dziecko jest w stanie docenić wasz szalony wysiłek włożony w stworzenie takich koszmarków? O kim tak naprawdę myśleliście, rysując te wszystkie smakowite okropieństwa? Przecież nie o widzach Misia Yogi i Scooby’ego-Doo.

Jeżeli uznamy, że kanał był (i chwilami jest nadal!) kierowany do publiczności starszej, powiedzmy nastoletniej, to nadal coś wydaje się nie pasować. Nastolatka mogą już bawić pewne rzeczy, których nie rozumie dziecko, ale chyba mimo wszystko nie jest to, o co chodzi twórcy „Wujka Kurczaka Bez Kości” („Boneless Chicken”). Zakładając, że produkcje Cartoon Network mają swój sens i cele (a jestem pewna, że mają), musimy uznać, że odbiorcą modelowym jest człowiek dorosły. Ale czy którykolwiek poważny dorosły człowiek usiądzie przed telewizorem, żeby oglądać jak stworzone w piwnicy trzy dziewuszki o supermocach ratują świat? Zastanawia mnie, co przemawia bardziej przez autorów seriali dla stacji – szalona naiwność czy geniusz w projektowaniu osobnego pokolenia specyficznych szaleńców. Oto tysiące dzieciaków wyrosło na bezrefleksyjnym wgapianiu się w bajki o przygłupim podrywaczu obrywającym co chwila po twarzy od młodych, wątłych kobietek i o łasicy edukującej przedstawiciela naczelnych w zakresie codziennego funkcjonowania. Co nam próbowano właściwie przekazać i dlaczego wybrano taką właśnie formę? Czy my, dzieciaki postmoderny, zyskaliśmy coś czy coś utraciliśmy? Przyjrzę się każdej z tych produkcji z osobna, żeby wiedzieć jak najwięcej o celach Cartoon Network i tego, czy zostały osiągnięte. Mam nadzieję, że nie tylko ja się temu poświęcę.

7.06.2015

więcej w dziale Ekran: