Everest

Ostatnio świat oszalał na punkcie Everestu. W kinach trwa istne szaleństwo na punkcie filmu „Everest”. W księgarniach królują dodruki książek o najwyższej górze świata. A ja? Ja jestem rozczarowana.

12023155_10204259034870827_844728350_n
Ilustacja: https://dgilmorephotography.wordpress.com/page/2/

Lubię literaturę wysokogórską. Lubię filmy (dokumentalne!) wysokogórskie. Lubię wywiady z himalaistami. Lubię biografie. Trochę się znam. Potrafię wymienić wszystkie ośmiotysięczniki i podać ich wysokość. Potrafię wymienić góry, na które jako pierwsi weszli Polacy i znam góry, na których ci najwięksi polegli. Polecam wszystkim cykl „Himalaiści” prowadzony przez mojego ulubionego Piotra Pustelnika. Polecam książki Kukuczki, filmy o Wandzie Rutkiewicz i zapoznanie się z filozofią góry Kurtyki. Znam teorię, nie znam praktyki. Po szalonym cyklu dwutysięczników tatrzańskich chorowałam miesiąc. Mam lęk wysokości i boję się wjechać kolejką na skocznię narciarską. To tyle o mnie. Napisałam to wszystko, żeby była jasność, że trochę się znam, więc tekst nie jest napisany przez kogoś, kto pod wpływem filmu „Everest” zachwycił się górami.

Everest wcale nie jest najładniejszą górą. Siedzi sobie na granicy Nepalu i Chińskiej Republiki Ludowej i patrzy z wysokości 8848 metrów nad poziomem morza. Z racji swojej wysokości jest jedną z najniebezpieczniejszych gór – wszyscy chcą tam wejść, na szczyt Ziemi. Szybko więc sprytni ludzie odkryli pomysł na biznes. Można krytykować, łatwo oceniać, można też pochwalać. Ja tego nie zrobię, bo nie mnie oceniać ludzi, którzy mają odwagę, na którą mnie nie stać. Żaden polski himalaista nie organizuje komercyjnych wypraw w wysokie góry. Żaden oprócz jednego: Ryszarda Pawłowskiego – intensywnie krytykowanej przez resztę legendy polskiego himalaizmu. Ale wróćmy do tematu. Wyprawy komercyjne z roku na rok stawały się coraz bardziej popularne. Ginęli jedni ludzie, inni zdobywali szczyt i wracali cali do bazy. Aż do 1996 roku, gdy miał miejsce jeden z najsmutniejszych dni w historii komercyjnej wspinaczki. W maju pod górą zrobił się tłok. Zebrało się kilka firm, kilkunastu ochotników, mnóstwo szerpów. Tragedia wisiała w powietrzu. 33 osoby 10 maja 1996 roku ruszyły z czwartego obozu w kierunku szczytu. Godzina 14:00 była ostatnim dzwonkiem, by rozpocząć schodzenie, by bezpiecznie zejść do obozu przed nocą. Do tej godziny udało się wejść tylko sześciu osobom. Klienci postanowili jednak nadal dążyć w kierunku szczytu, a żaden z przewodników ich nie zatrzymał. Nadeszła burza. 19 osób po postawieniu stopy na szczycie góry gór rozpoczęło zejście. W burzę w Strefie Śmierci. Część z ludzi zeszła cało, inni polegli, a jeszcze inni umarli na chwilę, by ku zdumieniu wszystkich, po kilku dniach bez jedzenia i picia, z odmrożeniami twarzy i dłoni, o własnych siłach zejść do obozu. Mowa o autorze książki „Everest. Na pewną śmierć”, Becku Weathersie.

Tak właśnie było w maju 1996 roku. W telegraficznym skrócie, szczegółów można dowiedzieć się z książek, filmów fabularnych, filmów dokumentalnych i wywiadów. Faktem jest, że na tej wyprawie na Evereście zginęło aż 15 osób. Udział w jednej z ekip kosztował 65 milionów dolarów – bez kosztów podróży i łapówek. Tyle kosztowała możliwość wejścia na Everest i oddania za to życia.

Przechodząc do meritum, którym jest film w reżyserii Baltasara Kormakura i książka Weathersa: książka jest tragiczna, a film jest dobry i zły jednocześnie.

FILM

Brzmiało wspaniale: wyprawa na Mount Everest w 3D w moim własnym domu. W moim przypadku skończyło się na przedpremierze w 2D, więc nie jestem w stanie ocenić uroków studia udającego górę w 3D. Okazało się, że film jest ładny. Myślę, że to dobre określenie. Piękne krajobrazy, cudowne zdjęcia i ładni bohaterowie. Brakowało mi jednak gór w tych górach. Wszyscy zawsze mówią, że po wejściu na ośmiotysięcznik chcesz umrzeć, ale wiesz, że musisz jak najszybciej schodzić. Robisz zdjęcie i rozpoczynasz gonitwę w dół. A w filmie wszyscy stoją, czekają na siebie, robią sobie wspólne zdjęcia, a Rob Hall, główny bohater i jeden z przewodników, trzykrotnie wchodził i schodził ze szczytu, by pomóc swoim podopiecznym. Pewnie się nie znam, znam tylko historie o ludziach, którzy sami wchodzili na szczyty, nowymi drogami lub nowym stylem. Tutaj była cała armia szerpów pchająca klientów na szczyt. Może tak jest łatwiej, nie wiem. Liczyłam na film o górach. A dostałam historię, która przypomina wejście na Ciemniak, tylko w grad i śnieg. Może aktorzy byli zbyt marni i nie potrafili mnie przekonać, że naprawdę cierpią? A oni wzięli i umarli. Szli, szli, robili zdjęcia, a później leżeli przykryci warstwą śniegu i lodu. Tylko główny bohater był pokazany jako osoba, która naprawdę walczy z górą. Ale tę walkę przegrywa. Chciałam poręczowania, szczelin, spadających seraków, odpadających raków. Ale za to burza była taka piękna, taka tragiczna. Gdy nadeszła, zaczęłam trząść się z zimna i nie przestałam aż do końca seansu.

Jeśli chodzi o aktorów, to moimi ulubionymi i najgorszymi postaciami są role kobiece. Po pierwsze Keira Knightley, która jedyne, co w filmie robi, to albo śpi, albo płacze na kanapie i zalewa się łzami. No i jest w ciąży. By zagrać jej rolę, wystarczyła kobieta, która potrafi leżeć, utrzymać piłkę pod koszulką i uronić kilka łez. Niewarte było wydawanie miliardów na to, by tę rolę odegrała właśnie ona. Wielką sympatią darzę za to Emily Watson, która zagrała rolę Helen Wilton, dyrektorki obozu bazowego. Obyło się bez płakania, ale dzięki świetnej grze twarzą czułam jej strach, jej przerażenie i jej wzruszenie. Jej mina, gdy umierający przewodnik żegna się przez radiostację ze swoją ciężarną żoną, zrobiła cała scenę. Mogłoby nie być dźwięku – i tak wiadomo by było, że on umiera i mówi coś wzruszającego, że jest świadom, że nie ma szans, by wyjść z tego cało.

Kreacje męskie były fantastyczne. Wszystkie. Nieco przerysowane, przesadzone. Aktorzy byli pozbawieni jakiejkolwiek umiejętności przekazania mi, że jest im ciężko i zaraz umrą, ale poza tym – znakomici. Szczególnie Jason Clarke odgrywający pierwszoplanową rolę.

Film tak trafia na listę ulubionych filmów. Lubię wszystko, co o górach, co poradzę.

KSIĄŻKA

Natchniona filmem postanowiłam kupić jakieś popularne dzieło o górach wysokich. Niesiona falą kupiłam książkę „Everest. Na pewną śmierć”. Jej autor Beck Weathers był uczestnikiem tej tragicznej wyprawy. To właśnie on był tą osobą, która odrodziła się i z całą czarną od odmrożeń twarzą i bez czucia w rękach dała radę zejść i uradować rodzinę, która już opłakiwała jego śmierć. Koniec końców Weathers stracił obie ręce, co jest dość przykre ogólnie, a tym bardziej, gdy do tej pory pracowało się jako patolog.

Jego książka jest sentymentalnym bełkotem o tym, jak ważna jest rodzina. Weather pisze o tym, jak przed wyjazdem na Everest jego rodzina była w strzępach, a mimo to umierając, właśnie obraz rodziny zobaczył i to ona dała mu siłę, by się podnieść i iść do bazy. Dwadzieścia stron jest o samej górze i wspinaniu. Reszta to jego biografia, biografia jego żony, wypowiedzi jego dzieci, przyjaciół i nauczycieli. Naprawdę smutne, że uznał się za bohatera tylko dlatego, że zapłacił 50 milionów, by wejść na górę, na którą nie wszedł, a potem nie dał się zabić. Szczyt bohaterstwa.

Ominęłam wszystkie strony biograficznie, niewspominające o górach. Co znaczy, że zapłaciłam za książkę, którą dałam radę przeczytać w ¼. Nie róbcie sobie tego. Powiem Wam, bo czytałam co kilka zdań, co tam się dzieje: poznaje żonę, mają trudne chwile, on wymyśla sobie coraz to nowe hobby, każde kolejne jest coraz niebezpieczniejsze. Rodzą się dzieci, tatuś nie poświęca im czasu, mama narzeka. Potem tata chodzi coraz wyżej w góry, a mamie się to nie podoba. Kłócą się, rozwód wisi w powietrzu. Potem dzielny mąż idzie na Everest, gdzie udaje mu się przeżyć, doznaje olśnienia, ze przecież rodzina jest najważniejsza i wszystko zmierza ku dobremu. Teraz Weathers pracuje jako zawodowy mówca motywator.

Książka nie trafi na półkę z ulubioną literaturą. W dodatku nawet nie jest o górach.

Czym jest więc zamieszanie wokół „Everestu”? Medialnym zabiegiem. Niedługo znów ucichnie. Następnie powróci tuż przed Oskarową nocą. A później Everest zostanie zastąpiony kolejną górą.

25.09.2015

więcej w dziale Ekran: