Fotografia (nie)pamięci

Czasami mamy wrażenie, że opuszcza nas pamięć, ale stan taki wcale nie musi być wstępem do melodramatu.

fotografia-niepamieciB
Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Archiwum Artystycznego Teatru Polskiego w Warszawie.

Jestem, podobnie jak Albert Camus, przekonana, że wielu ludzi ma problem nie tylko z zapamiętaniem zasłyszanej historii, ale także z przypomnieniem sobie całych odcinków z przeszłości, które wydawały się im wtedy niezwykle barwne i żywe. Myślę, że rozpoznając u siebie tego typu przypadłość, należy przełamać strach przed notowaniem rzeczy osobistych, niezależnie od tego gdzie miałby on swoje źródło. Camus, już w dojrzałym wieku, w swoich Notatnikach zapisuje: „W końcu bowiem wszystko układa się dla mnie w tym samym planie, mglistym nieco, zapomnienie ogarnia również serce. Są tylko przelotne wzruszenia pozbawione tego długiego echa, które daje im pamięć”. A więc dobrze – zapisywać, szkicować, zbierać. A jeśli nie sprawy osobiste, to przynajmniej wrażenia z obcowania ze sztuką. I nic w tych postanowieniach nowego. Ale co, jeśli człowiek odczuwa, że w wyniku spotkania ze słowami, jednym przedmiotem czy jednym zdjęciem, ilustrującymi wydarzenie w którym nie uczestniczył, jego umysł wyprodukował niezwykle żywe i szczegółowe wspomnienie, które odtwarza jako własne?

Wydarzenie tego niecodziennego typu, o którym chcę krótko opowiedzieć, mój umysł wyprodukował do fotografii z Lilli Wenedy Juliusza Słowackiego, spektaklu w reżyserii Augusta Kowalczyka, który miał swoją premierę 12 grudnia 1968 roku w Teatrze Polskim w Warszawie. Na początku zastanawiam się – dlaczego właśnie to zdjęcie? Nie jest ono wyjątkowe pod względem artystycznym, więc zdecydowanie nie chodzi tutaj o żadnego rodzaju artyzm, czy warsztat. Kiedy pierwszy raz je obejrzałam, nie wiedziałam nawet z jakiego spektaklu pochodzi. Jestem także pewna, że nie zaglądnęłam na jego drugą stronę, gdzie znajdował się opis. Po ten sięgam dopiero teraz, kiedy piszę ten tekst. Trzech magów z długimi brodami i… czaszkami, trzymających w dłoniach fantastyczne instrumenty – harfy zdobione czaszkami rogatych zwierząt, a które być może są tych zwierząt muzyczną transpozycją – otacza z trzech stron kobietę w długiej szacie. Ona stoi na skale, po prawej stronie od kamiennych schodów i wyciąga dłoń w kierunku jednego z mężczyzn, jakby się wzbraniając.

Po tym opisie ktoś powie, że po prostu urzekł mnie nastrój (albo bardziej nowocześnie: klimat – według Herberta nastrój można nim zastąpić, kiedy ktoś uważa, że ten pierwszy trąci myszką albo zwyczajnie drażni). Że mam tendencję do nastrajania życia na pewne estetyczne, poetyckie, fantazyjne fale, lubię traktować wrażenia jak wydarzenia. I chociaż myślę, że wyrażenie „nastrój” jest konieczne tam, gdzie językowi trudno nadążyć za pewnymi, o wiele bardziej skomplikowanymi odczuciami, dotyka ono, ale nie zawiera powodu niezwykle żywego wspomnienia, o którym teraz…

Pewnego dnia uświadomiłam sobie, że jak Stendhal znalazłam się na tej ziemi z takim, nie innym charakterem i losem, ale że do tej pory starałam się to wszystko zmienić, a podczas tych moich starań zapominałam żyć, oddając się wyłącznie zapełnianiu swojej głowy nowymi ideami, informacjami, ciekawostkami, do czego nie potrzeba nawet wychodzić z łóżka. Pamiętam, że cały dzień spędziłam patrząc na te idee, informacje i ciekawostki, które jawiły się przed moimi oczami jako bajeczne, a zarazem przerażające postaci, którym przypisać mogę jeszcze takie określenia jak: wtajemniczone, odmienne, starożytne, kosmiczne, będące w posiadaniu wyjątkowych przedmiotów. Gdyby ktoś, kiedy w moje ręce wpadła fotografia z Lilli Wenedy, zaczął bawić mnie rozmową, zapewne odpowiedziałabym w zamyśleniu: „Przepraszam, przypomniałam sobie o czymś” i pozostawiła mojego towarzysza z dziwnym uczuciem niepokoju, choć na pewno mniejszym niż ten, którego sama wtedy doświadczyłam.

Teraz, po przeczytaniu, rozumiecie już, dlaczego prowadzenie dziennika może wiązać się z pewną odrazą. Życie jest sprawą sekretną, tym bardziej bogate, kiedy nie nadajemy mu określeń i formuł, ponieważ gdy to robimy zabrzmieć mogą jak nawiedzone wizje. Ale z lęku przed lukami pamięci i z uwielbienia dla sztuki, jaką jest teatr, można spróbować zapisać coś z tego, co figuruje na granicy tych obu. Wtedy może okazać się, że fotografia ze spektaklu, którego nigdy się nie widziało i nie mogło się widzieć, okaże się być naszym wspomnieniem o tym, co nas spotkało, tylko zbyt szybko to porzuciliśmy…

23.05.2014

więcej w dziale Scena: