Heine się myli

Poniższy tekst jest polemiką Po co komu dziś poezja?

heine sie myli
Ilustacja: Karolina Bruzda

Po co komu poezja, to bardzo dobre pytanie, ale odpowiedzi są proste: po nic i nikomu. Poezja jest zupełnie niepotrzebna. Poezja już dawno, dawno niczego nie uczy i jeżeli ktoś tego nie dostrzegł, to przespał dwudziesty wiek. Poezja istnieje sama dla siebie, autorzy piszą zawsze dla samych siebie, nie dla kogoś. Jeżeli piszą dla kogoś, trzeba ich z góry podejrzewać o jakieś zniewolenie. A zniewolenie jest wrogiem poezji. Poezja musi być wolna, bo musi być przeciw czemuś.
Poezja zawsze była elitarna. Zawsze istniała tylko dla najbardziej wykształconych i inteligentnych. Plebejski motłoch tworzył sobie substytuty w postaci sprośnych i wulgarnych piosenek, ballad, wierszyków, które my, z czasem, uznaliśmy za zabytek godny poznania. Ale chyba częściej dla zaspokojenia ciekawości niż z przekonania o ich wartości. Dlatego jakikolwiek sposób „wyjścia” do czytelników niczego nie zmieni, i tak dotrze do niej garstka.

Poezja zamyka zmysły. Ogranicza je. Upośledza.

Skamandryci już dawno umarli i nikogo nie obchodzą, a do tego, żeby wzbudzić w nas chęć polemiki, nie potrzeba żadnej poezji. Potrzeba słowa, ale nie poezji. Słowo jest cokolwiek warte, nie to, w jakie karby zostało ujęte.

Dlaczego tak bardzo interesuje nas czytanie? Czy czytanie jest wyznacznikiem czegokolwiek? Jaki sens ma prześciganie się w liczbie książek, chwalenie, że „ja czytam, więc jestem lepszy”, że pan Mieczysław przeczytał trzysta książek w ciągu roku z osiedlowej biblioteki. Jaki to ma cel? Więcej sensu miałoby przeczytanie jednej książki, czytanie jej na nowo i jeszcze raz, i znowu. Książki to tylko papier. Książki są efemeryczne. Przejmujemy się książkami, strach w nas wzbiera, gdy słyszymy o paleniu książek, o darciu świętych ksiąg, o niszczeniu rękopisów. Wszyscy niby wiemy, że rękopisy nie płoną, ale chyba nie rozumiemy, co znaczy to zdanie. Protekcjonalny ton tak zwanych intelektualistów zawsze był nie do zniesienia, swój szczyt osiągnął chyba w emigracyjnych tekstach powojennych, za większością których powiewał sztandarek prezydencików wygnanych, dzielnie podtrzymujących nikomu niepotrzebne tradycje i symbole. I my wszyscy chyba tkwimy w tym wzorcu środkowoeuropejskiego intelektualisty, który wszystko czyta, który tylko czyta, regularnie wszystkie tygodniki i kwartalniki, jajogłowy chudzielec w rogowych oprawkach spędzający czas w kawiarniach, patrzący na wszystkich z góry i otaczający protekcją co inteligentniejszych plebejuszy, fascynujący się prymitywizmem i naturalnością, i nie wiadomo czym jeszcze. Literatura – czy raczej cała tak zwana kultura wysoka – jest, zaprawdę, wysoce opresyjna. Ktoś, kto w niej nie uczestniczy, jest z góry spychany na margines jako gorszy, głupszy, nie wart uwagi. Nacisk godzien metod radzieckich i zmuszania do uczestnictwa w działalności klubów robotniczych. Bronisław Maj chwali się w wywiadzie, że w czasie jego studiów najlżejszym tematem dyskusji była rola Boga u Dostojewskiego. Rzeczywiście, to jest dopiero życie. Doskonała realizacja hasła „sztuka dla sztuki”. Albo sport właściwie.

Jeżeli nie czyta się poezji, to widocznie dlatego, że nie ma takiej potrzeby. I nie ma o co kruszyć kopii. Wyjść na ulicę. Spojrzeć, jak zmrok zapada na idealnie kwadratowych skwerach. Pójść w nocy do knajpy, zapalić ostentacyjnie papierosa. Przeżyć rozkoszną noc z napotkaną kobietą.

Po co nam poezja?

więcej w dziale Papier: