Interstellar

Zachwycający, emocjonujący, zapierający dech w piersiach – te wszystkie cechy można zobaczyć w najnowszym filmie Christophera Nolana Interstellar. Idealny kandydat do Oscara, bo oprócz tych fascynujących emocji, które towarzyszą przez cały film, charakteryzuje go jedna kluczowa cecha, która bardzo zbliża to dzieło do najważniejszej nagrody filmowej, czyli nuda. Nadzieje były ogromne, a produkcja zdobyła sobie wiernych fanów jeszcze przed premierą. Jednak czy można ten film nazwać arcydziełem?

inter

W wyniku globalnego kryzysu Cooper (Matthew McConaughey), emerytowany pilot wychowujący samotnie dwójkę dzieci, jest zmuszony porzucić swoją karierę i, jak większość obywateli, zająć się uprawą roli. Niepokornego Coopera wciąż jednak ciągnie w stronę gwiazd. Kiedy dzięki swojej córce odnajduje współrzędne, które doprowadzają go do ukrytej siedziby NASA, Cooper wierzy, że został wybrany. Według naukowców jedyną szansą na przetrwanie ludzkości jest niebezpieczna misja badawcza. Dzięki nowo odkrytemu tunelowi czasoprzestrzennemu Cooper, wraz z grupą naukowców, wyrusza w Kosmos, by poszukać dla ludzi nowego domu wśród gwiazd. Mimo, iż nie wie, jak długo nie zobaczy swoich dzieci, myśl o tym, że ludzie w końcu umrą, nie pozwala mu się nawet zastanowić nad tym, czy robi dobrze. Film jest całkiem dobry, chociaż idąc do kina masz ochotę na więcej. Zanim główny bohater trafia do NASA poznajemy jego rodzinę i codzienne obowiązki i właśnie ten moment jest nudny. Z utęsknieniem czekamy, aż w końcu poleci w kosmos i zacznie się coś dziać. Druga cześć filmu, czyli wyprawa w kosmos i szukanie odpowiedniej planety, to już ciekawsza, bardziej emocjonująca część, ale jednak czuć niedosyt.

Wychodząc z kina, nie wiesz, czy właśnie tego oczekiwałeś, ale jedno jest pewne –  jesteś przeświadczony, że byłeś na arcydziele. Bo jeżeli tak nie uważasz, to myślisz, że pewnie nie zrozumiałeś do końca przekazu. Ale oczywiście to nieprawda, bo po głębszej analizie orientujesz się, że autor chyba chciał zbyt wiele pokazać i po prostu tego nie udźwignął. Najlepsze jest jednak to, że mimo tej nudy, niedociągnięć i przerostu formy nad treścią, nie można powiedzieć zbyt wielu złych rzeczy. Efekty i muzyka są świetne i rekompensują pewne braki, a jeżeli lubisz kasowe produkcje, to nie będziesz rozczarowany, bo można być pewnym, że film tani nie był. Jak w każdym filmie – najważniejsze jest zakończenie. W tym filmie jest tak zaskakujące, że chyba dzięki temu film zyskuje w moich oczach, bo naprawdę nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy.

Film byłby bardzo kiepski, a reżyser do końca życia mógłby się za niego wstydzić, gdyby nie to, że Matthew McConaughey ratuje ten film od początku do końca; mimo iż Anne Hathaway, jest tak kiepska w tym filmie, że bardzo starannie mu to utrudnia. Chociaż co do Matthew nie wiem, czy jestem wystarczająco obiektywna, bo po Witaj w klubie mógłby chyba grać nawet drzewo, a i tak byłabym zachwycona. Duże wrażenie zrobiły na mnie również Jessica Chastain i Mackenzie Foy, grające córkę Coopera w różnym okresie życia. Na tym zachwyt się kończy. Anne Hathaway zdobywczyni Oscara miała być pewnie podporą dla Matthew, a okazała się kulą u nogi. Jej rola nie wniosła nic ciekawego do filmu, a nawet sprawiała, że coraz mniej chciało się go oglądać. No i oczywiście największa niewiadoma to Matt Damon. Bardzo dobry aktor, pewnie bardzo drogi, więc nie mogę zrozumieć, dlaczego to właśnie jego obsadzili w roli naukowca, który bez żadnych skrupułów poświęci życie jednostki, a nawet swoje, dla ratowania całego świata. Szczególnie, że jego rola ogranicza się do jakiś 20 minut, więc równie dobrze mógłby zagrać go ktoś inny, albo po prostu można byłoby zrezygnować z tej sceny. Wbrew temu co się może wydawać, ta scena wcale nie jest emocjonująca. Cała reszta obsady też jest bez wyrazu, w szczególności osoby towarzyszące na pokładzie Cooperowi, bo oprócz pięknej dr Brand, o pozostałej dwójce nie wiemy nic. Mało tego, gdyby nie było ich na pokładzie misja wyglądała by tak samo. Być może zostali wsadzeni na statek tylko po to, by było kogo zabić.

Ogólnie film jest dobry, uważam że jest warty oglądnięcia, ciężko powiedzieć, czy spodoba się wszystkim, ale choćby dla zaspokojenia ciekawości warto poświęcić 3 godziny. Za sam film przyznałabym 6 punktów, ale ponieważ gra tam Matthew, a widać, że reżyser też się napracował, daję 8/10.

14.11.2014

więcej w dziale Ekran: