Jak świta Wolanda zdobyła Kraków – recenzja spektaklu w Grotesce

Jest kilkaset tytułów książek, które trzeba przeczytać. Kilkaset utworów, których trzeba wysłuchać. Kilkaset miejsc, które warto zobaczyć. A w Krakowie grany jest spektakl, który można obejrzeć tysiąc razy i nie żałować, że w tym czasie nie obejrzało się po raz pierwszy czegoś innego.

13116435_1064933600211517_7032323212807384441_o

Mistrz i Małgorzata to jedna z moich ulubionych, a może nawet ulubiona książka. Fascynuje mnie w niej chyba wszystko – od treści po konstrukcję i aspekty edytorskie. Na bilety do Teatru Groteska polowałam, odkąd dowiedziałam się, że grają Mistrza i Małgorzatę. Któregoś grudnia się spóźniłam, ale od tego czasu systematycznie czatowałam na ogłoszenie kolejnego terminu spektaklu. Pierwszy raz poszłam w lutym tego roku, drugi – w kwietniu. Za każdym razem wychodziłam oczarowana.

Zrealizowanie tej książki z jej wielowątkowością jest praktycznie niemożliwe – trudno odegrać historię Jeszui i wydarzenia z Moskwy w jednym spektaklu, głównie ze względu na to, że przedstawienie musiałoby być bardzo długie i skomplikowane (mój wciąż-przed-lekturą towarzysz miał problem z połapaniem się w samych moskiewskich wydarzeniach). W Grotesce narrację spoiła postać Iwana Bezdomnego, narratora, który jest centralnym punktem kompozycyjnym. Chce spisać historię Jeszui, ale nie za bardzo mu to wychodzi – po spotkaniu Wolanda na Patriarszych Prudach i śmierci Berlioza zostaje wzięty za obłąkanego i zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, a to, jak łatwo się domyślić, nie sprzyja tworzeniu. Wtedy pojawia się Mistrz, pacjent z sąsiedniego pokoju, który opowiada mu historię swoją i Małgorzaty. Nie oni wydają się tu jednak głównymi bohaterami i sprawcami zdarzeń – w reżyserów wciela się piekielna świta z Wolandem na czele.

Na scenie pojawia się kilkanaście postaci i tylko kilku aktorów. W pełni złożona z realnych ludzi jest tylko świta Wolanda – oprócz nich na scenie pojawiają się lalki, marionetki, kukiełki i wycięci z kartonu uczestnicy balu. Pomyślałam: Emocje dwóch głównych postaci mają odgrywać plastikowe twarze? Głupota. Okazało się jednak, że gra ciała i światła oraz ton głosów sprawiały, że postaci te, a z nimi ich miłość, stały się tym bardziej magiczne, a pozornie nieruchome maski zdawały się co rusz prezentować inną mimikę.

Najlepsza scena? Zrealizowanie przedstawienia w Teatrze Varietes. Widownia miała szansę wcielić się w tamtejszą publiczność – wprost do nas kierowano magiczne sztuczki, z tłumu wybrano kobiety, które miały dostać nowe stroje, z sufitu posypały się czerwieńce. Niepokoiło krążenie diabłów po sali w poszukiwaniu chętnych do stania się uczestnikiem magicznej sztuczki, zdumiewało prawdziwie iluzjonistyczne przygotowanie aktorów – na moment teatr zamienił się w cyrk.

Na scenie nie zabrakło dwóch najbardziej znanych cytatów: Na litość boską, królowo, czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!Rękopisy nie płoną. Nie zabrakło przemyślanych dekoracji – biurko mogło się stać dwoma mieszkaniami, łóżkiem, postumentem, parkiem; w jakiś sposób stworzono też płonącą po rozwarciu książkę. Nie zabrakło świetnych kostiumów – od zwiewnej sukni Małgorzaty po halkę Helli, przeniesioną z filmu pornograficznego.

Niby dobra historia broni się sama, ale tak opowiedziana, z taką pomysłowością i dbałością przeniesiona na scenę, wzbudza jeszcze większy podziw. Jestem pewna, że wybiorę się na ten spektakl jeszcze nie raz.

Premiera: 20.05.2008

5.05.2016

więcej w dziale Scena: