Jakie czasy, taki Kazimierz Wielki. Recenzja „Volty” Juliusza Machulskiego

Najnowsza komedia Juliusza Machulskiego nie dorasta do pięt Kilerowi ani Seksmisji, pod względem fabularnym jest raczej trochę słabszą wersją Vinciego, a jednak ma ogromną zaletę: trafnie i dowcipnie portretuje współczesną Polskę w pigułce. Mistrz inteligentnej (można złośliwie powiedzieć: inteligenckiej) komedii od lat 80. nie obniżył lotów pod względem umiejętności tworzenia mikroświata, który w pełni odzwierciedla rzeczywistość makro. Tę, do której wracamy wychodząc z kina.

Volta_Movies Room
Źródło: Movies Room

Jak to często bywa u Machulskiego, bohaterami są przedstawiciele (i przedstawicielki) przestępczej szajki, zaś stawka okazuje się równie wysoka jak „Dama z łasiczką” Leonarda da Vinci: zaginiona korona Kazimierza Wielkiego. Być może w dzisiejszych czasach ma ona nawet większą wartość niż największe dzieło sztuki; jest bowiem symbolem dawnej polskości, do której tradycji pragnie się odwołać kandydat na prezydenta, Kazimierz Dolny. Nad Wisłą. Gra toczy się więc nie tylko o pieniądze, ale poparcie w kampanii wyborczej, a także honorowe rozgrywki między bogatym sponsorem a pewnym prezesem…

Tym razem jako miejsce wydarzeń reżyser wybrał odrestaurowane stare miasto w Lublinie oraz nowobogacką willę w Nałęczowie. A także „nowoczesny” tabor jaki od niedawna zagościł w PKP. Rzeczywistość przedstawiona w filmie może jednocześnie bawić i denerwować: w produkcji występuje lokowanie produktów i raczej mało subtelna promocja miasta Lublina. Trudno inaczej motywować wybór tego miasta przez reżysera i producenta w jednej osobie: w przeciwieństwie do Krakowa, Warszawy czy umownie rozumianej „polskiej wsi” nie jest miejscem kultowym lub definiowanym stereotypowo. Ostatecznie można przyjąć życzliwą interpretację, że Machulski wzorem Woody’ego Allena lokuje każdą kolejną komedię w innym mieście.

Podobnie do produkcji z ostatniej dekady (z Ile waży koń trojański na czele), Volta jest filmem feministycznym. A może raczej queerowym, biorąc pod uwagę, że najbardziej pozytywnymi bohaterami (oprócz dwóch głównych postaci żeńskich) jest grupa karłów oraz dwoje starszych państwa – znaleziona przez bohaterów w Internecie historyczka, prof. Dąbrowska (w tej roli znakomita Joanna Szczepkowska), oraz antykwariusz, który nasuwa skojarzenia z postacią Hagena graną niegdyś przez Jana Machulskiego (dziś przez Aleksandra Machalicę).

Bardzo pozytywnie odebrałam zmianę obsady, która wcale nie przyniosła ze sobą obniżenia poziomu artystycznego. Przeciwnie – Andrzej Zieliński, Olga Bołądź, Aleksandra Domańska, Michał Żurawski oraz Jacek Braciak w roli Dolnego stanęli na wysokości zadania jako aktorzy komediowi „w służbie” inteligentnego poczucia humoru opartego na grze słów i „prezencji” typowej dla różnych środowisk, zastępując Roberta Więckiewicza czy Cezarego Pazurę (chociaż obaj aktorzy pojawiają się w rolach epizodycznych).

Polska w 2017 roku została odmalowana nie gorzej niż w poprzednich dekadach. W intrydze wykorzystano rozmaite współczesne realia: możliwość błyskawicznego edytowania danych w Internecie, porozumiewanie się przy pomocy Skype’a, manię nagrywania filmików telefonem czy robienia selfie. Przyjaciółki odpoczywają w luksusowym SPA, zaś zebranie partii socjalistycznej odbywa się w eleganckiej willi przy co najmniej nieskromnym cateringu. Humor w filmie opiera się głównie na tym, że te wszystkie gadżety nie pomagają odwrócić kierunku, w którym zmierzają sympatie Polaków, czyli nie w stronę nowoczesności, a wręcz przeciwnie – historii i chrześcijańsko-monarchicznej tradycji. Jedną z kluczowych scen jest rozmowa Kazimierza Dolnego z… Moniką Olejnik, która przepytuje polityka, do której tradycji chciałby się odwołać w programie swojej partii narodowo-socjalistycznej (!). Może do tradycji pierwszej „Solidarności”? Ten odpowiada, że chce się cofnąć jeszcze wcześniej: do początków chrześcijaństwa. I – mimo braków w wykształceniu i erudycji – chwali się ponad pięćdziesięcioprocentowym poparciem.

Mam przeczucie, że mimo tych subtelnych i jednocześnie mocnych w wymowie portretów społecznych, film nie osiągnie rozgłosu na miarę dawnych komedii mistrza. Niestety widziałam osoby wychodzące w trakcie seansu – może film wydał im się przegadany, przeintelektualizowany? Na pewno brakuje w nim trochę scen zwyczajnie śmiesznych, tak jak np. nieudolne intrygi Siary w Kilerze czy monologi Jerzego Stuhra jako Maksia w Seksmisji. Widzowie nie doczekają się gołych bab ani soczystych wiązanek, a większość kultowych tekstów to cytaty lub zasłyszane anegdotki (np. o deklinowaniu się Michała Rusinka). Chociaż są wyjątki, np. wypowiedź Dolnego na temat Dziadów (w Polsce to nie problem ich znać, można ich spotkać wszędzie), albo hasło wyborcze partii narodowo-socjalistycznej („ruszymy bryłę z posad świata, tak, aby Polacy nie stracili posad”). Mimo wspomnianych mankamentów polecam ten film wszystkim, którzy śledząc współczesną rzeczywistość medialną jeszcze nie stracili poczucia humoru. Obawiam się, że może to być wąskie grono odbiorców.

więcej w dziale Ekran: