„Każdy znajomy z Facebooka jest potencjalnie nowym fanem”. Wywiad z Michałem Witkowskim

Zofia Ulańska: Twoja powieść „Fioletowe światło”, portretująca w zabawny, momentami groteskowy sposób polski show biznes, funkcjonuje w nieoficjalnym obiegu. Wysyłasz ją prywatnie swoim fanom przez Internet. To nietypowa sytuacja, kiedy nie mówimy o początkującym autorze, ale pisarzu nominowanym trzy razy do Nagrody Literackiej Nike, laureacie „Paszportu Polityki” i Nagrody Literackiej Gdynia, który do tej pory współpracował z sześcioma wydawnictwami…

fot. Andrzej Roszczak
fot. Andrzej Roszczak

Kiedy zaczynałeś pisać „Fioletowe światło”, wiedziałeś już, że książka nie będzie mogła się ukazać?

Michał Witkowski: Oczywiście, że nie wiedziałem.

ZU: Czyja decyzja miała na to bezpośredni wpływ?

MW: Redaktorów Znaku. Ale ostatecznie nie mam im tego za złe.

ZU: Bohaterem „Fioletowego światła” jest Waldi – chłopak spod Suwałk, który za wszelką cenę stara się zaistnieć w show biznesie. Robiąc karierę przez łóżko, układy i sensacje, poznaje osoby, których nazwiska zna każdy Polak. Czy właśnie to jest – Twoim zdaniem – najbardziej kontrowersyjne w tej powieści? A może coś innego?

MW: Kariera „przez łóżko” nie wydaje mi się zbyt kontrowersyjna, podobnie jak inne mechanizmy funkcjonowania show biznesu opisane w Fioletowym Świetle. Właściwie w tej książce nie ma nic kontrowersyjnego.

ZU: A jednak powieść nie może być wydana ze względów prawnych…

MW: Tak, dlatego że mamy takie prawo, że każdy może powiedzieć: o, proszę, rozpoznałem się w tej postaci i zablokować kolportaż książki na całe lata.

ZU: To ciekawe, bo przecież pamflety, satyry, czy powieści z kluczem maja długą tradycję, a niedawno zdobył popularność inny gatunek – historia alternatywna (np. „Dumanowski” Wita Szostaka). Czytając „Fioletowe światło” miałam podobne wrażenie: to raczej zabawa konwencją i luźno potraktowanymi współczesnymi wizerunkami niż próba stawiania komuś zarzutów. O co chodzi – Polacy stracili poczucie humoru na swój temat czy to kwestia stricte zarobkowa – skoro mogę wygrać z kimś proces, nie zawaham się go pozwać?

MW: Na pewno to drugie! Poza tym z czystej złośliwości. Natomiast to, że książka jest w sumie niewinna i opisuje bardziej mechanizmy działania show biznesu niż konkretne osoby, to nie zmienia faktu, że jakby ją ktoś pozwał, to by została zatrzymana.

ZU: Jedną z „alternatywnych” postaci w powieści jest niejaki Michał Witkowski, który do tego stopnia zadomowił się w show biznesie że decyduje, kto ma wstęp do elity. Na tle innych gwiazd wydaje się zaskakująco życzliwy i lubiany. Na drugim biegunie znajduje się debiutant Waldi, który pozwala innym dowolnie kształtować swój wizerunek (jednak do czasu)… do którego z tych bohaterów jest Ci dzisiaj bliżej?

MW: Witkowski to w sumie ja, choć w literaturze oczywiście umieszczenie siebie jest z przyczyn teoretycznoliterackich zupełnie niemożliwe. Waldi daje się ugniatać i oczywiście źle na tym wychodzi, ale niestety te młode gwiazdy, gdy wypływają, popełniają najczęściej błąd za błędem. Skąd zresztą mają wiedzieć, jak się zachowywać?

ZU: Gdybyś znalazł się na przystanku obok Waldiego (przed jego wyjazdem do Warszawy), co byś mu doradził?

MW: Zapewne dziś, wiedząc to, co wiem, doradziłbym, aby szedł drogą Sylwii, a więc zajął się śpiewaniem / graniem, zdawaniem na aktorstwo itd., czyli wyszedł od umiejętności i dzięki niej był znany, tak, jak są znani aktorzy.

ZU: A gdyby był pisarzem albo poetą przed debiutem?

MW: Oj, to już pytanie nie do mnie! Ja dziś bym nie umiał zaczynać w tej branży. Kiedy zaczynałem, na początku lat 90., było pełno pism, konkursów literackich i po prostu należało publikować, brać udział, kolekcjonować sukcesy, nagrody… Ale to były czasy Brulionu… Po prostu budowało się notę biograficzną i dopisywało kolejne publikacje, im bardziej prestiżowe tym lepiej, a gdy nota była już „pełna” można się było zacząć rozglądać za wydawnictwem, dobra nota otwierała drzwi.

ZU: Jakie są korzyści z promowania własnej książki w Internecie?

MW: Korzyści z promowania książki w sieci są tak rozległe, że aż trudno mi odpowiedzieć. Dla mnie najważniejszy jest pojedynczy człowiek, pojedynczy czytelnik. Każdy nowy znajomy z Facebooka jest potencjalnie nowym fanem.

ZU: Kim są dla Ciebie fani?

MW: Fan, a częściej fanka, to czytelnik, który kocha nie tylko prozę ale też osobę autora. Tak jak ja kochałem nie tylko Nirwanę, ale też Kurta…

ZU: Zdradzisz coś na temat powieści „Wymazane”, która ukaże się już we wrześniu nakładem wydawnictwa Znak?

MW: Wymazane to miasteczko na Dzikim Wschodzie, położone między Lasem W Którym Rosną Same Trujaki a parkingiem dla TIRów „Tijuana”. Kilka bloków postawionych na bagnach, w próżni. W tej scenerii, zapełnionej całą galerią oryginałów, rozgrywa się przewrotny romans, Harlequin a rebours. Wszystko odbywa się tu na odwrót niż w klasycznej historii miłosnej. Pięknego Damiana fascynują jedynie ciała stare, grube i porozciągane, a królowa pieczarek Alexis ma wobec niego podstępny plan. Historia pęcznieje od żądz i emocji. To baśń o tej dziwnej krainie z „wymazaną” tożsamością.

ZU: Czekamy zatem na premierę tym razem oficjalnie wydanej książki. Dzięki za rozmowę.

(Powieść „Fioletowe światło” można kupić od autora w formie elektronicznej).

 

więcej w dziale Papier: