Kino klasy B. Cyborg

Jeśli lubicie kino niekoniecznie wysokobudżetowe, przedkładacie praktyczne efekty specjalne nad te komputerowe, a nazwiska aktorów nie są dla Was najważniejszym wyznacznikiem wartego uwagi filmu, to ten dział będzie dla Was idealny! Witam w pierwszej odsłonie regularnego cyklu „Kino klasy B”. Od teraz trzynastego dnia każdego miesiąca będę opisywał warte uwagi filmy – niektóre starsze, niektóre nowsze. Wspólnym mianownikiem będzie to, że wszystkie one określane są właśnie mianem kina klasy B. Postanowiłem nie skupiać się wyłącznie na tych „tak złych, że aż dobrych”, ale również przedstawiać pozycje po prostu warte uwagi, które czasem wręcz dorobiły się statusu „dzieła kultowego”. Nie zawsze człowiek ma nastrój na Bergmana i Felliniego, czasem dużo większą przyjemność mogą sprawić lasery, karate i gumowe potwory! Zatem zaczynajmy!

7126790.3

Długo zastanawiałem się, jaki film wybrać na początek cyklu i olśnienie przyszło nagle. Czego jest niezwykle mało w mainstreamowym kinie, w szczególności w ostatnich latach? Postapokalipsy!Ale takiej„pełną gębą”, rodem z Mad Maxa albo serii gier komputerowych Fallout. Gdy Hollywood się za to zabiera, to najczęściej wychodzą z tego patetyczne „smuty” pokroju Wysłannika przyszłości. Teraz trzeba było jeszcze wybrać jakiś film spośród tej całej masy, którą kino klasy B wytworzyło na przestrzeni lat. Ostatecznie wybór padł na dzieło Alberta Pyuna z 1989 roku zatytułowane Cyborg i myślę, że była to bardzo dobra decyzja.

Albert Pyun przez wielu uznawany jest za jednego z mistrzów kina klasy B i trzeba przyznać, że jest w tym trochę racji. Wystarczy spojrzeć na kilka tytułów, które wyreżyserował: Omega Doom, Rozgniatacz mózgów czy jego najnowsze dzieło, czyli ubiegłoroczny Cyborg Nemesis. Wniosek jest z pewnością dość klarowny:Pyun zdecydowanie nie jest specjalistą od komedii romantycznych. Według plotek pierwotnie w głównej roli w Cyborgu chciał on obsadzić Chucka Norrisa (cóż to byłby za film!), ale wytwórnia zaproponowała mu mniej znanego wówczas Jeana-Claude’a Van Damme’a. Ten, co prawda, miał już za sobą Krwawy sport, przez wielu uznawany za najlepszy film z jego udziałem, ale z pewnością nie miał jeszcze takiego statusu jak Norris. Czy był to dobry wybór? Osobiście nie jestem fanem Van Damme’a, ale – o dziwo – Cyborg bardzo przypadł mi do gustu. No, ale nie uprzedzajmy faktów.

Głównym bohaterem filmu jest Gibson Rickenbacker, który jest najemnikiem. Jego pracą jest wyprowadzanie ludzi z miast, które, jak to w postapokaliptycznej rzeczywistości bywa, opanowane są przez wszelkiego rodzaju piratów, bandytów i tym podobnych złoczyńców.  „Złymi” dowodzi niejaki Fender Tremolo (serio, główna para antagonistów nosi imiona i nazwiska związane z szeroko pojętą muzyką; aż wyczekiwałem, że może gdzieś pojawi się jakaś Unitra albo Bambino, ale niestety, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie doczekałem się), grany przez mrocznego, złego i absolutnie cudownie przerysowanego Vincenta Klyna. Gibson dostaje misję wyprowadzenia bezpiecznie z miasta tytułowego cyborga, niejakiej Pearl Prophet, która w swoim organizmie przenosi informacje mogące zakończyć trwającą na całym świecie plagę, przez którą, jak sądzę, świat wygląda tak, jak wygląda. Jednakże zostaje ona porwana przez Fendera, a Gibson z jakąś „randomową” (wiem, że nie jest to poprawna polszczyzna, ale nie mogłem się powstrzymać przed użyciem tego określenia) dziewczyną spotkaną przypadkiem wyrusza na ratunek (co ciekawe, imię towarzyszki poznajemy dopiero w jednej z końcowych scen filmu, zupełnym trafem). W międzyczasie dowiadujemy się, że bohater grany przez Belga ma osobiste porachunki z Fenderem i to jest dla niego priorytetem. Dostajemy w międzyczasie obowiązkowe retrospekcje (i Van Damme’a z długimi włosami!) oraz dowiadujemy się, że Fender zabił kobietę i dzieci, z którymi Gibson planował ułożyć sobie życie. Dzięki temu w scenach nieretrospektywnych mimika Van Damme’a ograniczona jest do minimum, bo przecież jest on zamkniętą w sobie, tajemniczą postacią, która straciła wiarę w cokolwiek i teraz liczy się dla niego tylko zemsta. Jednym słowem klisza goni kliszę.

Niezwykle istotna jest naprawdę kapitalna scenografia, która nawet dziś, w 26 lat od premiery filmu, robi wrażenie. Świat przyszłości przedstawiony w Cyborgu jest mroczny, ponury i zniszczony, czyli dokładnie taki, jaki powinien być w dobrym postapokaliptycznym kinie. Dodatkowo również kostiumy tworzą specyficzny, dość tani, ale przy tym niesamowicie klimatyczny wizerunek przyszłości (co ciekawe, ponoć pochodzą one w większości z planu niezrealizowanego nigdy sequeluMasters of the Universe, czyli aktorskiej adaptacji przygód He-Mana z DolphemLundgrenem i Frankiem Langellą). Również muzyka dość dobrze wpasowuje się w atmosferę dotkniętej zagładą Ziemi – jest raczej posępna, ale we właściwych momentach odpowiednio dopasowuje się do licznych sekwencji walk. Cóż to bowiem byłby za film z Van Damme’em, gdybyśmy pozbawieni zostali jego legendarnych kopnięć z półobrotu? Tu jednak mam zastrzeżenie, bo sekwencje te sfilmowane są dość dziwnie. Kamera robi dużo zbliżeń na poszczególne kończyny uderzające przeciwników Gibsona, ale za rzadko mamy możliwość zobaczenia całego uderzenia. Trzeba jednak przyznać, że pod względem choreograficznym jest naprawdę dobrze. Oczywiście jesteśmy w trakcie tych sekwencji co chwilę raczeni slow-motion, bo – jak wiadomo – w tego typu filmach nigdy nie jest go za dużo.Nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele fabuły, bo pojawia się parę zwrotów akcji, które mogą nawet trochę zaskoczyć. Dodam tylko, że jak w każdym tego typu filmie z tamtych lat mamy do czynienia z niezwykle schematyczną, ale równocześnie nieźle nakręconą walką głównego „dobrego” z głównym „złym”, rozgrywającą się oczywiście  nocą w trakcie burzy

Zastanawiacie się pewnie po tym wszystkim, co napisałem, czy warto zobaczyć ten film? Cóż, wymienione przeze mnie minusy, takie jak drętwe aktorstwo czy klisze, to klasyczne atrybuty kina klasy B, które można uznać zarówno za wady, jak i za zalety. Natomiast patrząc na to wszystko z drugiej strony, trzeba pamiętać, że niezwykle mało jest godnego uwagi kina postapokaliptycznego, więc warto poznawać nie tylko te wybitne produkcje (jak pierwsze dwa Mad Maxy), ale również te mniej znane, jak na przykład Cyborg. Jak wspominałem wcześniej, naprawdę duże wrażenie robi warstwa scenograficzno-muzyczno-kostiumowa, a także sam klimat, więc chociażby dla tych elementów warto zobaczyć ten wczesny film Van Damme’a. Myślę, że gdyby budżet tej produkcji był większy, to Cyborg mógłby nawet stać się klasykiem, choć muszę przyznać, że moim zdaniem ząb czasu nie nadgryzł tej produkcji bardzo mocno i nawet teraz ogląda się ją z przyjemnością.

I to by było na tyle w pierwszym odcinku cyklu „Kino klasy B”. Mam nadzieję, że przynajmniej część z Was skusi się na seans Cyborga. Za miesiąc powędrujemy w zupełnie inne klimaty. Jednak o jakim filmie będzie mowa w następnej odsłonie dowiecie się dopiero 13 marca. Jeśli macie jakieś sugestie co do tego cyklu to nie bójcie się i śmiało piszcie w komentarzach!

13.02.2015

więcej w dziale Ekran: