Kino klasy B – Kieł

Tęskniliście? Jeśli tak, to dobra wiadomość jest taka, że cykl o kinie klasy B powraca w pełnej chwale! Wakacje to, jak wiadomo, czas kinowych blockbusterów. Jedne z nich są lepsze, inne zaś gorsze. Łączy je jednak to, że są produkcjami wysokobudżetowymi, nakierowanymi na to, by zarobić jak najwięcej pieniędzy. Dla odmiany warto czasem dać szanse kinu o niższym budżecie. Dziś zapraszam Was na opowieść o produkcji stosunkowo młodej, która zdążyła jednak wywołać spore kontrowersje i dyskusje. Panie i panowie, przed Wami „Kieł”!

11749288_979799595384463_444082926_n

Znacie Kevina Smitha? To ten brodaty facet, znany z niezależnych komedii, takich jak „Sprzedawcy”, „Dziewczyna z Jersey” czy „W pogoni za Amy”. Poza byciem reżyserem Kevin jest też przede wszystkim geekiem. Można wręcz powiedzieć, że ten gość żyje popkulturą. Pisze scenariusze komiksów, prowadzi audycje radiowe, pojawia się na różnych konwentach. I właśnie podczas jednej z jego radiowych audycji narodził się pomysł na film, o którym chcę Wam opowiedzieć. Wyobraźcie sobie, że żyje sobie taki człowiek, który oferuje ludziom darmowy nocleg. Brzmi fajnie? No pewnie, że tak! Jak wiadomo jednak, za darmo można co najwyżej dostać w zęby, więc ów przyjemny jegomość w zamian za nocleg wymaga od swoich lokatorów, by przebierali się w kostium morsa. Taką właśnie historią uraczył pewnego razu swoich słuchaczy Smith. Padł wówczas pomysł nakręcenia filmu. Reżyser postanowił zebrać na ten temat opinie, a gdy okazały się one w przytłaczającej mierze pozytywne, pokazał, że nie rzuca słów na wiatr. I tak oto w 2014 roku na ekrany kin trafił film zatytułowany „Kieł” Tutaj miejsce na ciekawostkę: oryginalny tytuł tej produkcji, jak możecie zobaczyć na załączonym plakacie, brzmi „Tusk”, jednakże, pomimo oczywistych skojarzeń, nie ma nic a nic wspólnego z byłym premierem naszego pięknego kraju (a może ma…?)

Głównym bohaterem omawianego filmu jest Wallace Bryton grany przez Justina Longa. Wallace wraz ze swoim kumplem Teddym (wierzyć się nie chce, jak bardzo zmienił się uroczy chłopczyk z „Szóstego zmysłu”, czyli Haley Joel Osment) zajmuje się prowadzeniem podcastów. Czym jest podcast? To taka audycja radiowa, która jest nagrywana i dopiero potem udostępniana w sieci. Czyli coś jak vlogi jutuberów, jeno w wersji audio. Wspomniałem o YouTube, bo zawiązaniem całej historii jest filmik niejakiego Kill Bill Kida, który popisując się przed kamerą, ucina sobie nogę. Wallace postanawia pojechać do Kanady i przeprowadzić z nieszczęśnikiem wywiad. Gdy dociera na miejsce, okazuje się, że niestety Kill Bill Kid popełnił samobójstwo. Wallace nie chce jednak wrócić do domu z pustymi rękami i szczęśliwy (lub, jak się później okazuje, raczej zły) traf sprawia, że w toalecie jednego z barów natrafia na ogłoszenie człowieka, który ma dużo ciekawych historii do zaoferowania, a poza nimi także darmowy nocleg. Nie myśląc długo, nasz bohater wykręca podany na ogłoszeniu numer telefonu i postanawia udać się do owego mężczyzny. I tutaj zaczyna się już całkowita jazda bez trzymanki! Nie będę Wam zdradzał motywacji kierujących rzeczonym mężczyzną, ale podpowiem tylko tyle, że o ile w wyjściowej historii chodziło jedynie o przebieranie się za morsa, o tyle w wersji ostatecznej można już mówić o całkowitym „przerobieniu” na morsa. Tak, poziom obrzydliwości zbliża się mocno do osławionej „Ludzkiej stonogi”.

Co jednak ciekawe, Smith w fantastyczny sposób bawi się całą konwencją. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z całkowicie poważnie potraktowanym horrorem, z drugiej zaś, jeśli nieco bardziej znamy sam gatunek, to widzimy „oczka” puszczane tu i ówdzie  w kierunku widza.

Gdy telefon Wallace’a przestaje odpowiadać, Teddy wraz z Allison (dziewczyna Wallace’a, która podczas jego nieobecności spędza upojne chwile z jego najlepszym przyjacielem) postanawiają wybrać się na jego poszukiwania. I tu następuje najciekawszy, moim zdaniem, moment filmu. Bohaterowie natrafiają bowiem na inspektora Guya LaPointe. W jego rolę wciela się ucharakteryzowany niemal nie do poznania Johnny Depp. Muszę przyznać, że ostatnimi czasy aktor ten zdawał mi się powtarzać w kółko jedną i tę samą rolę. Tutaj jednak jest inaczej. LaPointe to brawurowo poprowadzona postać, która dodaje filmowi specyficznego elementu humorystycznego i jest jednym z jego najmocniejszych elementów.

Nie chcę zdradzać Wam szczegółów zakończenia, ale zdecydowanie muszę Was ostrzec, że nie jest to film dla ludzi o słabych żołądkach. Smith nie boi się przekraczać granic dobrego smaku i robi to z pełną premedytacją. Jednakże z drugiej strony jest w tym coś tak fantastycznie i cudownie absurdalnego, że oglądałem  z wielką przyjemnością. Niby jest to produkcja całkowicie serio, ale w porównaniu z przytaczaną już „Ludzką stonogą” widać, że nie jest  nastawiona wyłącznie na szokowanie, a patrząc nieco głębiej, myślę, że widać charakterystyczny sznyt reżysera.

Na koniec pojawia się pytanie, czy warto obejrzeć ten film? Jeśli jesteście wrażliwi, to może to być dla Was dość traumatyczne przeżycie. Jeśli natomiast ze smakiem jecie obiad, oglądając „Martwicę mózgu” lub „Cannibal Holocaust”, to zapewne film Smitha nie powinien wywrzeć na Was większego wrażenia w kwestii obrzydliwości. Jednak trzeba pamiętać, że to nie na szokowaniu opiera się ta produkcja. Z drugiej strony pozostaje cała zabawa gatunkiem, którą reżyser radośnie uskutecznia. I choćby z tego powodu warto dać szansę „Kłowi”. No i zdecydowanie trzeba zobaczyć kreację Johnny’ego Deppa. Jest mocno epizodyczna, ale mimo to zdecydowanie wybijająca się na plus.

21.07.2015

więcej w dziale Ekran: