Miasto w ogniu – dwugłos o Lampionach Katarzyny Bondy

Lampiony to trzecia i przedostatnia powieść z cyklu Cztery żywioły. Tym razem akcja powieści przenosi się do Łodzi – miasta, które płonie i drży w posadach od wybuchów.

Lampiony_okładka3

Sasza Załuska wyjeżdża służbowo do Łodzi. Tamtejsza policja prosi o pomoc
w schwytaniu podpalacza i bombera, który zakłóca spokojne życie metropolii. Lampiony są najbardziej współczesną książką z tetralogii i dotyczą wydarzeń, o których na co dzień donoszą media. W toku fabuły mamy więc mowę o atakach terrorystycznych, homofobii, braku akceptacji ze strony otoczenia, ponadto autorka wplata do książki historie, których motywacja jest stara jak świat: miłość i pieniądze.

W wielu recenzjach, które ukazały się po publikacji Lampionów zwraca się uwagę, że to powieść przede wszystkim o Łodzi. Oczywiście taką tezę trzeba uznać za słuszną, nie mniej jednak rozwinięcie tej kwestii pozostawię Zosi Ulańskiej, redaktor naczelnej „Strony Tytułowej”, która jest rodowitą łodzianką, dzięki czemu – z dociekliwością detektywa – będzie mogła opowiedzieć o tym, jak jej miasto zostało przedstawione przez Katarzynę Bondę w jej ostatniej powieści.

Tak jak już wspomniałem, ważnym elementem konstrukcji fabuły jest wątek opowiadający o zamieszkujących Łódź muzułmanach. Bonda ukazuje to zagadnienie z dwóch perspektyw. Z jednej strony przybysze spoza Europy narażeni są na ciągłe ataki ze strony Polaków. Niechęć względem „obcych” podszyta jest rasizmem i obawą przed innym. Być może taki światopogląd bierze się ze stereotypowego postrzegania muzułmanów, jako orędowników świętej wojny. Wymowna w tym kontekście jest scena werbalnego ataku na Esmata (emigranta z Bangladeszu), który robiąc zakupy w miejscowym sklepie, zawinił tym, że ma odmienny kolor skóry. Z drugiej zaś strony, emigranci z Bangladeszu asymilują się z łodzianami, a Polska staje się dla nich miejscem do życia. Podejmują oni pracę i studia, nawiązują nowe znajomości i przyjaźnie; akceptowanie polskiej kultury nie przeszkadza im w kultywowaniu własnej tradycji.

Pojawienie się postaci Esmata i jego rodziny posłużyło również autorce do zbudowania powieściowego suspensu. W momencie, gdy miastem wstrząsają wybuchy, niemalże automatycznie rodzą się podejrzenia, że za nimi stoi środowisko muzułmanów. Sytuację komplikuje jeszcze bardziej wątek opowiadający o rzekomo uprowadzonych dzieciach, którego miał dokonać muzułmański ojciec. Narracja Bondy nie jest jednoznaczna. Autorka ukazuje problem z różnych perspektyw, prezentuje różne motywacje bohaterów, a ocenę ich działania pozostawia czytelnikowi.

Czytając Lampiony może się wydawać, że pisarka w jedną powieść chciała „wcisnąć” wiele ważnych problemów, z jakimi boryka się współczesne polskie społeczeństwo. Mnogość tych wątków jest tak duża, że w trakcie lektury można się pogubić. Oprócz głównego wątku skupiającego się na serii podpaleń i wybuchów mamy jeszcze scenę brutalnego gwałtu, próbę wyłudzenia pieniędzy na tzw. „wnuczka”, wątki dotyczące przeszłości Saszy oraz lokalną politykę.

Konstrukcja tej powieści przypomina grę domino – każdy wątek to osobna kostka.
Gdy pierwsza pójdzie w ruch, popycha następną; gdy upadnie ta ostatnia, okazuje się, że wszystkie wydarzenia w jakimś stopniu były ze sobą powiązane.

 

Ogień, który oczyszcza

 

Żywiołem trzeciego tomu jest ogień. Jest on w powieści ukazany na kilka sposobów: jako żywioł, uzależnienie i wreszcie jako półśrodek do osiągnięcia celu. Rozwinięcie tych trzech kategorii może poskutkować spojlerami, a tego byśmy chcieli uniknąć, dlatego postaram się tylko w kilku zdaniach naświetlić problem.

Łódź w Lampionach ukazana jest z kilku perspektyw, jedną z nich jest miasto widziane oczyma Saszy. Bohaterka ma wrażenie, że metropolia płonie, nie tylko ze względu na pożary. Doznanie potęguje to, że wiele budynków zbudowanych jest po prostu
z cegły, a oświetlone promieniami zachodzącego słońca wyglądają jakby płonęły.

Ogień może przerażać człowieka – przede wszystkim jego niszczycielska siła.
Z drugiej jednak strony może on fascynować, tak jak jednego z bohaterów tej powieści, wtedy nie przeraża a fascynuje, nie niszczy a buduje. Jest tym co daje władze i ukojenie.

Żywioł ten jest również ważny dla samej profilerki, która panicznie boi się ognia. Właśnie z jego niszczycielską siłą wiążą się traumatyczne przeżycia Załuskiej, a ich znamię niemalże ma wytatuowane na ciele w postaci blizn po oparzeniu.

Ogień może ugasić jedynie woda, i właśnie ona będzie żywiołem ostatniego tomu Czerwony pająk. Katarzyna Bonda zapowiada, że powieść definitywnie zakończy cykl. Wiadomo, że akcja powróci na Wybrzeże, co wydaje się logiczne. Dzisiaj jedynie możemy przypuszczać, o czym będzie ostatnia część. Najprawdopodobniej będzie opowiadała
o przeszłości Saszy, która oddziałuje na bohaterkę i jej współczesne życie.

Teraz chciałbym oddać głos Zosi, która oprowadzi nas po powieściowej Łodzi, no to w drogę!

 

Zacznę może od tego, że do przeczytania tej powieści zainspirował mnie Krzysztof Sowa – znawca współczesnych polskich kryminałów, chociaż odwiedzając rodzinne miasto odnotowałam, że pojawienie się nowej powieści, której bohaterką jest Łódź, nie przeszło tam bez echa – książka pojawiała się na księgarnianych wystawach, promowano ją nawet w modnych ostatnio w mieście escape roomach. Oczywiście, to nie pierwsza powieść, która z takim rozmachem, detalami, ale też dekadenckimi nastrojami przedstawia fabryczne – dziś postindustrialne – miasto. Czy Katarzynie Bondzie udało się napisać współczesną Ziemię obiecaną? Myślę, że pod wieloma względami takie porównanie będzie dużą przesadą. Książka nie jest arcydziełem (mam nadzieję, że przedmówca – miłośnik autorki się na mnie nie obrazi). Nie wiem nawet, czy polecałabym ją jako dobry kryminał: fabuła jest bardzo gęsta i wielowątkowa, nie daje czytelnikowi komfortu rozwiązywania zagadki, autorka momentami za bardzo koncentruje się na życiu prywatnym pani detektyw, co powoduje, że „dreszczyk emocji” i napięcie opada.

Za to chciałabym pochwalić Katarzynę Bondę za coś innego: nie będąc łodzianką, wykonała niesamowity i szczegółowy research dotyczący zarówno języka (tzw. „łodzianizmów”, np. migawka, krańcówka itp.), potocznych nazw miejscowych (Pedofilów jako określenie Teofilowa), jak i twórczości łódzkich hip-hopowców (np. Zeusa), co pozwala odnotować, że literacka opowieść o tym mieście to nie tylko wiersze Tuwima, fraszki Sztaudyngera i powieść Reymonta. Pojawia się też bliskie mi współczesne życie artystyczne Łodzi – chór Vivid Singers i projekt „Queen Symfonicznie”, z którym zespół koncertuje w całej Polsce, a także (tak jak w powieści) uświetnia bardziej kameralne wydarzenia.

Najbardziej mrożące krew w żyłach sceny rozgrywają się w centrum: w zabytkowych już famułach przy ulicy Ogrodowej, w hotelu Andels, Parku Staromiejskim, na dachu siedziby TVP Łódź oraz w podmiejskich kanałach. Bonda zauważyła też, że w organizacji życia łódzkiej aglomeracji kluczową rolę odgrywa komunikacja miejska, w tym słynne tramwaje podmiejskie; do tego stopnia potrzebne (dla innych: kultowe), że samorządy sąsiednich miast toczą aktualnie walkę o remont wyeksploatowanej infrastruktury (ze względu na stan techniczny większość linii powinna być zamknięta). Jakimi torami biegnie więc myśl Saszy Załuskiej – profilerki? Sprawdza, którymi tramwajami mógł podróżować podpalacz, co z kolei prowadzi ją na trop, w jakim zakątku aglomeracji mieszka. To rozwiązanie uważam za genialne w swojej prostocie i chylę czoła.

Innym wątkiem kryminalnym, który wpisuje się w życie codzienne mojego rodzinnego miasta jest kwestia mieszkań komunalnych, których większość znajduje się w ścisłym śródmieściu Autorka miała tu pole do popisu: nie tylko mogła sportretować różne oblicza miejskiej „patologii” i rozegrać w starych kamienicach widowiskowe sceny pożarów; wokół mętnej polityki rządzącej przyznawaniem i odbieraniem mieszkań komunalnych można osnuć wiele wątków kryminalnych: od afer gospodarczych na wielką skalę do rodzinnych awantur.

Powieść jednak nie składa się tylko z trafnie zaobserwowanych realiów. Jednym z zamiarów Katarzyny Bondy było wspomniane przez kolegę naświetlenie współczesnych problemów społecznych (problem wielokulturowości i nietolerancji ciekawie skonfrontować z hasłem „Łódź miastem czterech kultur” odnoszącym się jeszcze do przedwojennego miasta fabrykanckiego). Drugim zamiarem, który można właściwie bardziej odczuć intuicyjnie niż precyzyjnie opisać, jest osnucie wokół Łodzi legendy miasta przeklętego, którego piętno zostało wypalone w ogniu. Tu znowu skojarzenie literackie: jedną z bardziej przejmujących scen w Ziemi obiecanej był pożar fabryki Karola Borowieckiego (palące się fabryki i warsztaty należały zresztą do krajobrazu XIX-wiecznego miasta).

Czy jednak aż tak wygląda to miasto dzisiaj? Wręcz przeciwnie. Współczesna Łódź, można powiedzieć, wypływa na szerokie wody. Coraz więcej kamienic jest rewitalizowanych, powstają nowoczesne osiedla, siedziby firm (m.in. branży IT), centra handlowe (na czele z kultową Manufakturą), przestrzenie rozrywkowo-wypoczynkowe i inne obiekty (m.in. nowy dworzec Łódź Fabryczna) w stylu nawiązującym do dawnego, przemysłowego charakteru miasta. O tym w Lampionach jest znacznie mniej, mimo, że pojawia się nazwisko prezydent Hanny Zdanowskiej, która do części tych zmian się przyczyniła.

Dlaczego Bonda nie chciała napisać dla Łodzi happy endu? Wydaje mi się, że odpowiedź nie leży w negatywnych intencjach autorki, jej niedoinformowaniu czy polityce. Chodzi raczej o specyficzny gatunek literacki, którym bawi się pisarka, a może sama go kreuje i przeobraża: historia alternatywna. Współczesne polskie kryminały (tu mój poprzednik mógłby więcej powiedzieć), rzadko kiedy bywają klasycznym odwzorowaniem opowieści o Sherlocku Holmesie czy Herculesie Poirot. Są raczej międzygatunkowymi eksperymentami zakrojonymi na dużą skalę; mają za zadanie sportretować miasto czy epokę, naświetlić problemy społeczne (Krajewski, Orbitowski). W podobny sposób zmieniła się fantastyka: kojarzona z wizjami przyszłości, dzisiaj częściej koncentruje się na przeszłości, takiej, jaka mogłaby być, gdyby pewne wydarzenia potoczyły się inaczej (Dukaj, Szostak).

Tak też jest w Lampionami: trochę w nich reportażu, trochę kryminału, trochę serialu paradokumentalnego (to najsłabsza odsłona tej książki), ale chyba najwięcej fantastyki: autorka wykorzystała swoisty „czakram” Łodzi i „awatary” jej mieszkańców; jej realia są efektowną „szatą graficzną” dla rozmaitych gier, nie tylko stricte kryminalnych. Jako krytyk uważam, że pod względem literackiego eksperymentowania Katarzynę Bondę przerosły trochę ambicje. Jako łodzianka – stwierdzam, że książka jest ważna i dziękuję autorce za kawał dobrej roboty.

więcej w dziale Papier: