Multitasking – multiszansa na marzenia?

Drogi Czytelniku, jestem całkowicie przekonany, że siadając do lektury tego tekstu, masz w ręce kubek z kawą, herbatą, ewentualnie innym napojem. W drugim pokoju (albo nawet tym samym) gra radio, metr obok, z telewizora ,dobiegają dźwięki kolejnego reality show lub programu informacyjnego, za oknem, które widzisz kątem oka, jeżdżą samochody z pięknymi naklejkami „zagłosuj na partię XYZ” „Paluszki rybne bez konserwantów i polepszaczy” i tak dalej, i tak dalej… W czasie gdy czytałeś ten przydługi dwuzdaniowy wstęp, komputer z wesołym dźwiękiem wyświetlił Ci w rogu ekranu powiadomienie o trzech nowych nieodebranych mejlach, które czytałeś jednym okiem, drugim dalej śledząc niniejszy tekst. Gdy skończysz odczytywać mejle, pora zabrać się za uparcie pikające powiadomienia z Messengera, na którym nazbierało się już pięć konwersacji na łączną sumę czternastu wiadomości. A przecież minęło ledwie dwie minuty, nim zacząłeś czytać…

12309407_1207492665933065_1569988423_n
Ilustacja: Izabela Sobierajska

Dobrze, przyznaję się, odrobinę podkoloryzowałem ten opis. Ale, parafrazując znany cytat, kto z Was nie zna tego stanu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Czekam!

Rany, nawet jednego małego kamyczka? Naprawdę?

Ale wcale mnie to nie dziwi. W XXI wieku świat przyspiesza coraz bardziej. Wielu ludzi narzeka, że nie mają podzielnej uwagi, że nie potrafią robić kilku rzeczy naraz. Tymczasem okazuje się to nieprawdą, bo nawet najmniej rozgarnięta osoba robi kilka z przykładowych rzeczy, o których napisałem. Jestem przekonany, że człowiek renesansu (ten termin opisuje przecież ludzi wszechstronnie wykształconych, o szerokich umiejętnościach i zainteresowaniach) jak choćby Leonardo Da Vinci, próbując wykonać tyle czynności, ile wykonuje najzwyklejszy człowiek w czasach nam współczesnych, szybko złapałby się za głowę i położył do łóżka z potworną migreną.

Jak pisze David Allen (jeden z guru specjalistów od organizacji czasu) w swojej książce pt. „Getting Things Done”:

Często pytam moich seminarzystów: „Kto z Was zajmuje się tylko tym, do czego został zatrudniony?”. Bardzo rzadko widzę podniesione ręce. Przeciętny pracownik jest dziś, bardziej niż kiedykolwiek, kimś w rodzaju niezależnego agenta, który zmienia ścieżki kariery równie często, jak kiedyś jego rodzice zmieniali stanowiska pracy – co oznacza, ni mniej ni więcej, że niezbyt długo będą zajmować się bieżąco wykonywanymi, wyuczonymi obowiązkami

Oczywiście Allen mówi tutaj głównie o wszechstronności, zmienności zadań w kontekście rynku pracy. Ale… Czy tak naprawdę multitasking w domu, pracy czy na studiach różni się czymkolwiek poza tematyką realizowanych zagadnień? Nie sądzę. Więc zamiast pisać o jego odmianach czy przejawach, które każdy widzi przecież wokół siebie codziennie, chciałem skupić się na jego genezie – czyli temacie, który wydaje mi się być dużo bardziej interesującym.

Spójrzmy, wielu z nas zapracowuje się po uszy, próbując ogarnąć dwa (najlepiej jak najmniej ze sobą powiązane – dla szerszej wiedzy) kierunki studiów, język dodatkowy, zajęcia z pianina, śpiewu czy tańca, ewentualnie kursy pisania, wysławiania się i tak dalej, i tak dalej… Oczywiście wielu z zapytanych o powód odpowie: „Interesuje mnie to, chcę się rozwijać, daje mi to lepsze perspektywy na przyszłość”. No właśnie. Lepsze perspektywy na przyszłość. Temat rzeka! Generalizując: kierunek studiów wybieramy, stosując pewien kompromis pomiędzy naszymi naturalnymi zdolnościami a wymaganiami rynku pracy. Przynajmniej w teorii. Oczywistym jest, że każdy chce mieć pracę, maksymalnie dobrą, przyjemną, z wysoką pensją.

Pytaniem pozostaje – po co? Odpowiedź wydaje się oczywista. By żyć, nie mieć tak typowego, wydawałoby się, problemu z „wiązaniem końca z końcem”, by móc zapewnić swojej rodzinie, dzieciom godny byt ,a potem dobre wykształcenie, które doprowadzi… No właśnie, do czego? Do kolejnego pokolenia zaharowujących się na śmierć ludzi, którzy robią to, by pozwolić swoim potomkom także urabiać się po pachy. Nie uważasz tego, Czytelniku, za pewien paradoks? Nie zauważasz tu pewnego braku sensu?

Słowem kluczem wydaje się tu być małe, niepozorne, a tak często niezrozumiane pojęcie – marzenia. Częstym problemem we współczesnych nam czasach wydaje się być pewne pomylenie celu z dążeniem do niego. Nieraz, gdy siedzę na rodzinnych imprezach, słucham rozmów ciotek i wujków, dziadków i wszystkich krewnych i znajomych królika, którzy wspominają dawne czasy, widzę ogromną różnicę w sposobie opowiadania o zwykłym dniu. Zupełnie co innego jest dla nich ważne. Ileż razy słyszałem opowieści moich dziadków w podobnym stylu do tego (od razu zaznaczam – jest to BARDZO dokładny cytat z rozmowy, która miała niedawno miejsce):

Wiesz, pamiętam, jak pracowaliśmy z dziadkiem w firmie X. Tam się zresztą poznaliśmy. Często bywało i tak, że po pracy od razu szliśmy do przyjaciół na imieniny… Albo sami organizowaliśmy, pamiętam, trzy dni całe popołudnia po pracy potrafiliśmy siedzieć z dziadkiem i przygotowywać całe przyjęcie! Potem balowaliśmy całą noc! Słuchaj, Michał, jak my się kiedyś bawiliśmy, ile wódki się lało! A jak się wódka skończyła, to i rozcieńczany spirytus piliśmy, taki ciepły, bo to reakcja endogeniczna, gdy się spirytus miesza z wodą… Potem rano wszyscy się rozchodziliśmy, spaliśmy dwie godzinki albo i w ogóle, zostawialiśmy bałagan w mieszkaniu, by go posprzątać po pracy, no i szliśmy. Po tych ośmiu godzinach się wracało, sprzątaliśmy wszystko (albo i nieraz robiliśmy powtórkę z imprezy) i dopiero odpoczywaliśmy… Wiesz, nikogo to nie dziwiło, robił tak każdy, dawaliśmy tak radę całe lata! A jak teraz patrzę na Twoich rodziców… Wracają co dzień po pracy tak wykończeni, w wieku 40 lat tak nie do życia, że już nawet nieraz siły na zrobienie obiadu dla siebie nie mają siły… A my tak potrafiliśmy do emerytury…

Zwróć uwagę, Czytelniku. Praca gdzieś tam jest, obecna, stanowi pewien czynnik w ich życiu. Ale raczej mało ważny. A prawdą jest, że kiedy nieraz słucham swoich rodziców, gdy wrócą z pracy, jedyne, o czym są w stanie rozmawiać, to to, co działo się w pracy, jaki szef był wredny, jak to nie mają siły. Zmieniło się jedno, dwa pokolenia i zmienił się świat. Nasi rodzice mają bez porównania więcej obowiązków, niż mieli nasi dziadkowie czy pradziadkowie. Oni pracowali, by spełnić jakieś marzenie – nieważne, czy było to zorganizowanie imienin, wyjazd do Włoch czy kupno samochodu. Dziś coraz częściej wydaje mi się, że wakacje za granicą służą lepszej efektywności po powrocie, a samochód pozwala na szybszy, efektywniejszy transport do miejsca pracy – a więc na lepszą pracę, a w konsekwencji rozwój kariery. Czyżby znów zamiana celu ze środkiem do jego realizacji? Jacek Walkiewicz w swoim wystąpieniu pt. „Pełna moc możliwości” podaje bardzo prosty przykład, w którym ukazane jest, do jakiego stopnia przesiąknięci jesteśmy analizą wszystkiego pod względem przydatności i rozwoju:

Pewnie nigdy bym do tej istoty marzeń nie dotarł, gdyby nie mój syn. Nie wiem, czy zauważyliście, ale dzieci są bardzo prawdziwe, można się od nich wiele nauczyć. Mój syn stanął przede mną, mając 14 lat, i kiwając się z nogi na nogę, powiedział: „Tata, w GoSporcie są takie trampoliny, 120 złotych, kup mi na urodziny”. A ja, patrząc na niego, pytam: „Po co Ci ta trampolina?”. A on patrząc na mnie z politowaniem: „Żeby skakać, ojciec”. Piękne, prawda? Widzą świat, jakim jest.

Moi Drodzy, miejmy marzenia. Nie kariery i pracę. Marzenia. Dlaczego o tym piszę? Nie, absolutnie nie chcę powiedzieć, że kariera jest czymś złym, że mamy ją porzucić. Pragnę jedynie pokazać, iż kariera sama w sobie z reguły nie satysfakcjonuje ludzi. Nie spełnia ich – bo nie jest ich marzeniem. Chciałbym przytoczyć tutaj jeszcze jeden cytat z profesora Bartoszewskiego, który opowiada, jak kupił campera, o którym marzył całe życie:

Są w życiu rzeczy, które warto, i rzeczy, które się opłaca. I nie zawsze to, co warto, się opłaca. Nie zawsze to, co się opłaca, warto. A więc nie opłaca się kupić campera za 100 tysięcy, którego utrzymanie kosztuje pięć tysięcy rocznie, który jest wykorzystywany przez jeden miesiąc w roku, i ciągle traci na wartości. Ale warto. Wiecie dlaczego? Bo spełnione marzenia nie mają ceny.”

Ale to nie koniec. Stosunkowo mało jest marzeń, które da się osiągnąć pieniędzmi – jak na przykład kupno campera. Zdecydowana większość marzeń wymaga starań, kontaktów oraz pomocy. Zaskakujące jest tylko jedno – to, co dla mnie jest nieosiągalne, ktoś inny może dać mi bardzo łatwo, jeśli tylko będzie miał odrobinę dobrej woli. Naprawdę, odrobinę. Najlepszy przykład stanowię ja, wyżej podpisany. Odkąd nauczyłem się pisać, chciałem tworzyć. Książki, poezję, artykuły, wszystko! I całe lata tworzyłem do szuflady, a potem do kominka, bo nie miałem gdzie się zaczepić, bo wcale nie jest łatwo zaczynać od zera, nieważne, jak wielki zapał się posiada. Ale dostałem szansę. Moja przyjaciółka, znając moje zamiłowania, skontaktowała mnie ze swoją – która jednocześnie jest redaktorką. Obie dały mi szansę, która wymagała od nich zaledwie odrobinę pracy (skontaktować się, przeczytać tekst „próbny”, przedrzeć się przez słowotok podekscytowanego grafomana), a której sam nie byłem w stanie zdobyć przez całe lata starań. I tak oto dziś piszę dla Was, a im pozostanę wdzięczny!

Naprawdę, pomagajmy sobie. Często tak wiele mogę komuś pomóc, samemu nie dając niemal nic od siebie. Od dania szansy, uśmiechu, dobrego słowa jeszcze nikt nie zbiedniał – a wielu zyskało. Wyobraźcie sobie, jak wiele razy ktoś zamknął Wam drzwi przed nosem, zamiast Wam pomóc. I o ile świat byłby jaśniejszy i piękniejszy, gdyby tego nie zrobił. Na poparcie tej tezy mam już ostatni cytat dzisiejszego dnia, znów z Jacka Walkiewicza:

Jestem zafascynowany tym, że przez ludzi można zrealizować wszystkie marzenia. Jeżeli na sali jest 100 osób, i każda z nich ma dostęp do 60 osób, to mamy dostęp do około sześciu tysięcy ludzi. Wyobraźcie sobie, jak olbrzymia jest to liczba możliwości i szans! Jest trochę tak, że to, co zrobimy dla innych ludzi, wraca. Jeśli przewieziemy kogoś na drugi brzeg rzeki swoją łodzią, to pamiętajmy, że my również się tam znajdziemy. Aby zapalać innych, samemu trzeba płonąć!

26.11.2015

więcej w dziale Miszmasz: