Niedobre czasy dla dobrej satyry

Bywają lepsze i gorsze czasy dla satyry. W Polsce przez wiele lat ironia i język ezopowy miały się dobrze. Zdawałoby się, że ten obszar rodzimej kultury niezmiennie cechuje poziom i błyskotliwość. Niestety, występy kabareciarzy w ostatnich latach zdają się wysyłać komunikat: dobra satyra jest już niepotrzebna, ergo: żyje nam się dobrze.

11696872_974847929212963_1973957519_n
Ilustacja: Anna Dauenhauer

Ten artykuł nie ma celu wywołania nostalgii za czasami PRL, chociaż to właśnie wtedy kabaret w Polsce przeżywał niewątpliwy rozkwit: od subtelnego, literackiego Kabaretu Starszych Panów, przez odwołujący się do przedwojennych tradycji Dudek, do odważnie aktualnego, uwielbianego przez publiczność kabaretu TEY. Spróbuję raczej zastanowić się nad obniżeniem kondycji dowcipu już w okresie niecenzurowanym, kiedy – zdawałoby się – kabareciarze nie są już niczym skrępowani, a w zakresie kontaktu z widzem obowiązuje pełna swoboda. W latach 90. i na początku XXI wieku poziom satyry, względem poprzednich dekad, wcale się nie obniża. To wtedy Maciej Stuhr parodiuje Gustawa Holoubka i Grzegorza Turnaua, powstają klasyczne skecze Kabaretu Moralnego Niepokoju, kontynuuje swoją działalność kabaret Potem, a na scenie (także w filmie i reklamie) pojawia się nowe, niepowtarzalne zjawisko – Mumio. Wtedy też publiczność ma szanse docenić ogromny talent, inteligencję i wdzięk kobiet w kabarecie, szczególnie Joanny Kołaczkowskiej i Katarzyny Pakosińskiej. Tymczasem w drugiej dekadzie XXI wieku sytuacja stopniowo zdaje się pogarszać. Z wyjątkiem momentów, kiedy rzeczywistość sama podsuwa absurdy (czasy rządów Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, które zbiegły się z ogromną popularnością komedii romantycznych i sporami o homoseksualizm Teletubisiów), kabareciarze nie mają świeżych pomysłów, ale – co gorsza – zaczynają postrzegać swój zawód marketingowo: im prostsze żarty, tym szersze grono odbiorców. Pytanie, na ile kabaret jest sztuką, na ile publicystyką, a na ile jednym z wielu sposobów zaistnienia w mediach za wszelką cenę, pozostawiam otwarte, bo trudno chyba odpowiedzieć na nie w jednym artykule. Postaram się za to naświetlić powód moich niepokojów.

Przepis na poderwanie… widza?

Jednym z moich ulubionych skeczów sprzed kilkunastu lat jest pełna absurdu odsłona grupy Mumio zatytułowana „Wykład”. Mowa o monologu Dariusza Basińskiego, który poruszając się w groteskowy sposób, jednocześnie zarówno parodiuje sztywne „uczelniane narracje”, jak i przedstawia polską rzeczywistość jako mało sprzyjającą nawiązaniu romantycznej relacji. Wykład dotyczy zasad, jakimi należy się kierować w zdobywaniu sympatii ze strony kobiety. Bohater – wykładowca – opisuje między innymi, jak wygląda podryw „w przestrzeni ni to otwartej, ni to zamkniętej”, czyli na przystanku autobusowym, gdzie można „zauroczyć dziewczynę rozkładem jazdy”. Doradza, kto powinien spacerować od strony elewacji w zależności od tego, jak jest utrzymana. Modelowa historia związku kończy się korespondencją z fokami i pancernikami, którą utrzymuje jednak tylko dziewczyna („Daj spokój, Grażyna, to są twoi znajomi”). Historia jest wzbogacona w wygłaszane z ogromną dramaturgią wykładowe hasła: „Jest mi szalenie przykro, że nikt nie zrozumiał tabelki”. Skecz skonstruowany jest w tak absurdalny, a jednocześnie niewątpliwie mimetyczny sposób, że każdemu widzowi nasuwa inne, chociaż wyraźne skojarzenia. Nie trzeba sugerować się śmiechem widowni, wystarczy oddać głos własnej wyobraźni. W 2015 roku podobny temat – zasady zachowania się na pierwszej randce – podejmuje Formacja Chatelet, zresztą również w konwencji wykładu (chociaż w zakresie stylizacji i języka kabareciarze nie zadali sobie wiele trudu). Oto kilka cytatów:

„Co robić, kiedy nie mamy czasu wziąć kąpieli? Do randki pozostało pięć minut. Co robimy? Stosujemy starą, sprawdzoną zasadę, czyli: psikamy po nieumytym. Tak zwane gówno w lesie”. „Kobieta bez nogi też kobieta, prawda? W ostatecznym rozrachunku nogi i tak idą na bok”. Sytuacje odgrywane przez modela (Michał Pałubski) – typy tańca, tudzież sposób prowadzenia samochodu i upijania się w pubie – same w sobie już oklepane – ukazane są w mało oryginalny sposób. Właściwie cały skecz obrazuje stereotypy na temat mężczyzny – młodego Polaka: pijącego, niezadbanego, pozbawionego smaku, inteligencji i poczucia rytmu. Przy tak wyeksploatowanym motywie kabareciarze mogli sobie pozwolić chociaż na jakikolwiek zwrot akcji, autoironię, która pozwoliłaby wziąć całą sytuację w cudzysłów. Niestety – reakcje publiczności, a także liczba wyświetleń w serwisie YouTube (skecz jest najbardziej popularnym spośród występów Formacji Chatelet) nasuwa smutną konstatację, że niestety artyści (o ile można jeszcze użyć takiego określenia) trafnie zdefiniowali swojego odbiorcę. W monologu nie ma miejsca na żadne subtelności czy niedopowiedzenia, nie mówiąc już o aluzjach. Nie pojawia się ani jeden fragment, do którego odczytania potrzeba odrobiny inteligencji. Całkowite dno skecz osiąga, kiedy narrator podpowiada modelowi: „włączamy jakąś romantyczną, nastrojową muzykę” (z głośników rozlega się heavy metal). Na co narrator – bo przecież widz z pewnością sam nie zauważył dysharmonii – tłumaczy: „Romantyczną! Nastrojową!” I dodaje: „a co, jak bidusia ma rozrusznik serca?”…  Niepokojący jest fakt, że niestety w obu przypadkach dochodzi do poderwania… publiczności. Reakcje na skecz Formacji są właściwie sitcomowe, niezróżnicowane, ale niestety dość żywe. Zaskoczyła mnie także przewaga pozytywnych komentarzy internautów. Można powiedzieć, że autorzy skeczu dobrze rozpoznali zapotrzebowanie publiczności: widownia być może oczekiwała odstresowania albo ośmieszenia bezrefleksyjnej „codzienności”, powielania klisz? Jednak trochę dziwi mnie akceptacja założenia, że do odbioru satyry widzowi nie jest już potrzebna inteligencja.

Od Mamuśki do Mariolki

Chyba najbardziej klasycznym rodzajem monologu kabaretowego jest rozmowa przez telefon. Do historii gatunku przeszła już rozmowa Zenona Laskowika z mamuśką, której doradzał, jak przesączyć przez chleb denaturat i w czyich butach może dzisiaj wyjść z domu. Skecz należał do prostych (opartych na nieporozumieniach, pomyłkach, konfrontacji środowisk), jednak pośrednictwo sznura telefonicznego w oczywisty sposób stanowiło podstawę gagu, w którym widz mógł się jedynie domyślać kontekstu, w jakim syn wydaje matce polecenia. Współcześnie jednym z najlepszych skeczów osnutych wokół rozmowy telefonicznej był monolog Macieja Stuhra demonstrującego swoje odczucia podczas próby skontaktowania się z telefonicznym konsultantem. Specyfika humoru Stuhra polega na tym, że skecz nie jest jedynie „odegrany” na estradzie czy przywołany z historii gatunku. Jego siła opiera się na pozyskaniu sympatii widza przez potencjalne utożsamienie się z abonentem czy odbiorcą sztuki wysokiej, jak w przypadku parodii Gustawa Holoubka i spotów festiwalu filmowego w Gdyni. Bohater i jednocześnie odbiorca nie jest biernym obserwatorem rzeczywistości, którą należy wyśmiać, ale człowiekiem, który podejmuje pewien trud, ma prawo do nie zawsze tylko podstawowych potrzeb (co jednak spotyka się z „oporem materii”). W połączeniu z niezwykle inteligentnym dowcipem i aktualną tematyką, powstaje – w mojej ocenie – wzorcowy humor dla współczesnych czasów. Jednak największą popularność zyskują monologi, które ani nie zakładają aktywnej, intelektualnej współpracy z widzem, ani nie nawiązują do satyrycznych wzorców sprzed lat. Mowa oczywiście o znanej w całej Polsce Mariolce, postaci wykreowanej przez kabaret Paranienormalni. Pomijając „śmieszność” – bo nie dowcip – wynikający z wyglądu postaci (Igor Kwiatkowski w stroju „wylaszczonej” kobiety) i języka, jakiego używa (właściwie wyłącznie slang młodzieżowy), można stwierdzić, że bohater(ka) monologu właściwie pozbawiona jest kontekstu. Jej cechy (głupota, podążanie za modą, plotkarstwo, płytkie rozumienie kobiecości) są właściwie zawieszone w próżni, wyeksponowane publiczności bez innych punktów odniesienia. To nie postać rodem z Kabaretu Moralnego Niepokoju, gdzie stereotypowi  dresiarze czy „ludzie z sąsiedztwa” byli konfrontowani z inteligencją i klerem, aby ostatecznie ośmieszyć obie strony, a nawet wykazać, że rzeczywistość raczej sprzyja cwaniakom i mniej oczytanym. Mariolka to rodzaj every-woman, którą możemy spotkać na ulicy i wysłuchać jej żalów skierowanych do przyjaciółki. Jeżeli monologi Mariolki są w jakiejkolwiek mierze satyryczne, to przez perfekcyjną parodię kreacji współczesnych kobiet na „krejzolki”, „księżniczki” i inne formuły narzucone przez media, reklamę, a może nastoletni styl życia. Jednak stylizacja ta jest do tego stopnia czytelna i jednowymiarowa, że wymagającego widza znudzi już po kilku minutach. Cały skecz, a nawet serię (Mariolka ukazała się już w niezliczonej liczbie odsłon) można oglądać podobnie do sztuczek cyrkowych lub dziecięcych wygłupów. Sporadycznie Igorowi Kwiatkowskiemu zdarza się zaskoczyć publiczność nowym konceptem, jednak nie jest to właściwie konieczne, Mariolka ma za zadanie porwać publiczność do śmiechu wynikającego z odwiecznej konstatacji mądry–głupi, a może raczej głupi i głupszy.

Próba konkluzji

Do czego jednak są mi potrzebne rozważania na temat Paranienormalnych i Formacji Chatelet: nie będę oskarżać twórców o brak polotu, bo z pewnością prywatnie im go nie brakuje. To twórcy, którzy w świadomy sposób wychodzą naprzeciw określonej publiczności: takiej, do której nie trzeba mówić językiem ezopowym, nie trzeba jej prowokować do uruchomienia wyobraźni ani wyrobienia opinii na tematy społeczne, polityczne, kulturowe. Jeżeli celem ataku są współtowarzysze w salonie SPA, solarium czy popularnym klubie, którzy wydają się mówić „jestem jeszcze głupszy niż ta cała konwencja”, to chyba nie najgorzej nam się żyje i być może należy cieszyć się, że nie wracają dobre czasy dla ostrej satyry. Za współczesnym widzem kryją się dwie dominujące siły. Po pierwsze roszczeniowa postawa oczekiwania odstresowującej rozrywki względem ambitnej pracy, a także – cytując Kabaret Ani Mru Mru – zasada „klient nasz pan”: zapłaciłem (polubiłem, zasubskrybowałem), to ma być śmiesznie i tak, jak zwykle. Pozostaje mi tylko wysnuć następujący wniosek, mówiąc słowami dawnego monologu Jana Kobuszewskiego: „No to wszystko rozumiem, skoro ma dwóch zastępców, to po diabła mu rozum”.

12.07.2015

więcej w dziale Miszmasz: