Nie(d)opowiedziane lata. Rozważania wokół „Duchologii…” Olgi Drendy

large_Olga_Drenda__Duchologia_300_dpi

Kiedy dowiedziałam się o pomyśle Olgi Drendy na książkę „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji”, bardzo się ucieszyłam, chociaż poczułem też lekkie ukłucie zazdrości – sama planowałam kiedyś napisać podobną książkę o przełomie lat 80. i 90.: taką, w której obrady Okrągłego Stołu nie są najważniejszą cezurą; w której nie chodzi o ukazanie wyższości drugiego obiegu nad pierwszym, ani „Solidarności” nad PZPR-em, ale nie chodzi też o przywołanie oklepanych narracji o życiu codziennym – staniu w kolejkach i zamawianiu połączeń telefonicznych. Chodziłoby w niej o uchwycenie klimatu i „stanu umysłu” pokoleń, które właśnie w tych specyficznych, rozchwianych czasach mogłyby krzyknąć – na przykład jadąc Jelczem na prywatkę do koleżanki, której ojciec pracuje w mitycznej Ameryce – „trwaj chwilo, jesteś piękna!”

Oglądając z ogromną sympatią serial „W labiryncie” (wszystkie odcinki!), którego akcja przypada na lata 1988-1991, zauważyłam, że patrząc z perspektywy samorealizacji ludzi wchodzących wówczas w życie, większe znaczenie miała Ustawa Wilczka niż symboliczny 24 czerwca 1989 roku. Ale nie chodzi tylko o politykę – „złagodzenie” pokoleniowego buntu jest też wyraźnie widoczne w popkulturze, kiedy rockowe brzmienia z mocnym tekstem zastępują cukierkowe i pościelowe piosenki Moniki Borys, Basi Sikorskiej, Beaty Bartelik czy Anny Jurksztowicz z dość banalnymi tekstami, a jednak z pewnym rodzajem pozytywnej, trudnej do zdefiniowania energii.

Marzenie o opracowaniu projektu o kulturze polskiej dekady 1984-94 zakiełkowało mi w głowie, ale jak to zwykle bywa w studenckim życiu – trafiło do szufladki „plany na później”. Aż tu nagle pojawia się autorka, która – jak przypuszczałam – może być moją bratnią duszą. Ogląda wypłowiałe zdjęcia z okresu przełomu i zastanawia się, dlaczego niezależnie od pory roku polskie miasta są skąpane w sierpniowym świetle. Przygląda się „nowoczesnym” i „przytulnym” mieszkaniom, w których po raz pierwszy pojawiają się regały typu Ivar z Ikei. Zwraca nawet uwagę na kalendarze ścienne, na których kobiece wdzięki zostają zastąpione przez egzotyczne krajobrazy. W jednym z moich ulubionych fragmentów analizuje motyw „video” w piosence i reklamie; najbardziej trafny rym do tego słowa to oczywiście Romeo, co w pełni wpisuje się w złoto-różowy romantyzm tamtych czasów. (Zainteresowanym polecam przyjrzenie się teledyskowi do piosenki Bartelik „Sen na pogodne dni” – Drenda o nim nie wspomina, a subtelne wyznania miłosne w tłumie pędzącym do Ikarusa są – jak dla mnie – kwintesencją tamtego czasu).

Podoba mi się też samo przeniesienie na grunt polski pojęcia „duchologii”, opracowanego przez Jacquesa Derridę. Okresy duchologiczne nie zostały do tej pory wyczerpująco opisane przez dobrze znane narracje kulturowe, wspomnienia na temat takiego czasu bywają mgliste, niejasne, fragmentaryczne. Późne lata 90. zostały opowiedziane w filmach Juliusza Machulskiego czy Olafa Lubaszenki, „wyśpiewane” przez Bajm i Varous Manx, dlatego tak zwane „najntisy” kojarzymy właściwie w większym stopniu z przełomem tysiącleci niż pierwszymi latami tej dekady. Podobnie z okresem rządów Edwarda Gierka – nawet dziecko jest w stanie przywołać wybrane sceny z „Czterdziestolatka” albo zanucić piosenki Maryli Rodowicz z tekstem Agnieszki Osieckiej. W zupełnie inny sposób został „opowiedziany” karnawał Solidarności i stan wojenny – trudno tu mówić o popkulturowej rozrywce – a jednak Krystyna Janda w „Człowieku z żelaza”, piosenki Jacka Kaczmarskiego czy „Psalm stojących w kolejce” tworzą pewien spójny obraz tamtego czasu. O tym, co działo się między stanem wojennym a późnymi latami 90. bardzo długo nie mówiło się w kontekście pokoleniowym czy estetycznym. Być może dlatego, że roczniki 60., wchodzące wówczas w życie, poświęciły się raczej korzystaniu z dobrodziejstw wolnego rynku niż wyrażaniu własnej tożsamości. Musiały dojrzeć późne roczniki 70. i wczesne 80. – na przykład Sylwia Chutnik czy Zośka Papużanka – żeby przenieść do literatury współczesnej klimat swojego dzieciństwa, w wersji tragicznej („Jolanta”) czy znów komicznej i wzruszającej („On”).

A jednak, lektura nie dała mi aż tak „fetyszowej” satysfakcji, jak przypuszczałam. Książka Drendy zawiodła mnie trochę swoją… rzetelnością. Tak, właśnie rzetelnością, która skądinąd jest cechą bardzo mi bliską. Ale nie w tym kontekście. Autorce udało się dotrzeć do obcokrajowców, którzy odwiedzili wówczas Polskę po raz pierwszy – doceniam ten pomysł, bo zewnętrzna perspektywa pozwala zwrócić uwagę na coś zupełnie nieoczekiwanego. A jednak zabrakło mi rozmów z osobami zanurzonymi w ten świat, na przykład aktorami kultowych komedii, piosenkarkami, czy Jackiem Cyganem, o którym mówi się zwykle w kontekście ilości napisanych piosenek nie zaś jakości, która… no właśnie – pozostawia wiele do życzenia, czy taka właśnie ma być? Byłby to o tyle dobry pomysł, że „słodkie lady” to w wielu przypadkach gwiazdy jednego – dwóch sezonów, dla których koniec popularności pewnego wizerunku wiązał się z końcem drogi artystycznej.

Autorka ciekawie i obszernie przebadała niektóre tematy – na przykład ówczesną „szkołę plakatu”, czy stylistykę pierwszych post-PRL-owskich firm meblarskich, ale są to w moim odczuciu tematy zasługujące na oddzielne projekty, które z pewnością niedługo powstaną, prawdopodobnie na wzór książek-albumów Filipa Springera. Oczekiwałam, że „Duchologia…” będzie bardziej duchologiczna w formie, że zamiast udzielania odpowiedzi rodem z monografii będzie zadawała ciekawe pytania, ironicznie podsuwała sensacyjne ciekawostki – z pełną świadomością, że nie kierujemy ich do czytelnika „Faktu”, ale osoby, która będzie chciała zgłębić temat na własną rękę. Badania wykonane przez Drendę uważam za wartościowe, ale gdyby część quasi akademickich analiz zastąpić jej osobistymi refleksjami, zapisem docierania do źródeł – wtedy mielibyśmy duchologię z prawdziwego zdarzenia. A raczej początek cyklu, bo uważam, że książek na ten temat mogłoby powstać jeszcze wiele. „Duchologia…” mogła być rodzajem wstępu do większego projektu, a usiłuje „ogarnąć całość”, co nie do końca udało się autorce. Niektóre tematy – na przykład moda, analiza tekstów piosenek, czy dialogów filmowych – mogły zostać omówione bardziej wyczerpująco, myślę też, że książka zyskałaby wtedy więcej czytelników. Może więc powinnam uznać z satysfakcją, że mój prywatny pomysł na książkę o czasach przełomu – w większej mierze o kulturze i ludziach niż „rzeczach i ludziach” – nie został jeszcze wykorzystany?

21.07.2016 r.

więcej w dziale Papier: