No game, no fame  

Czy gra musi sprawiać ból? Czy sztuka bez interakcji odbiorcy powoli przechodzi do historii? Jak wiele konwencji w codziennym życiu przyjmuje zasady gry? Do takich refleksji skłoniła mnie pierwsza w Polsce, ale i na świecie, indywidualna wystawa niemieckiej grupy //////////fur////, zatytułowana no pain no game. Chociaż właściwie żadne refleksje nie są w jej przypadku konieczne. Na początku września 2014 roku górna galeria Bunkra Sztuki zamieniła się w intrygujący salon gier.

10708269_823898490974575_1652581089_n

Między tajemniczymi urządzeniami przechadza się dwóch uśmiechniętych mężczyzn ubranych w czarne dresy. Jeden z nich może pochwalić się imponującą skalą głosu. Obaj – talentem do wykorzystywania potencjału współczesnych wynalazków i łatwością w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Za ich przykładem zwiedzający, od rozbieganych dzieciaków do równie energicznych babć, decydują się na symulowane porażenie prądem, uderzenia bicza, przypływy gorąca. To pierwsza stacja – PainStation, od której wzięła nazwę cała wystawa. Zadaniem graczy jest odbijać piłeczkę rakietką (jak w wielu klasycznych grach komputerowych), podczas gdy druga ręka znajduje się na metalowej kratce. Za każdym razem kiedy graczom nie uda się odbić piłki, spada ona na jedno z pól, któremu odpowiadają kary możliwe do odczucia na własnej skórze.

Nie mniej emocji towarzyszy roześmianym studentkom, biegającym wokół wielkiego kwadratu – to klasyczny snake, gra, w którą na pewno miały okazję grać w dzieciństwie na pierwszych telefonach komórkowych. W wersji grupy //////////fur////, aby nakarmić węża, trzeba wykazać się refleksem i dobrą kondycją, bo przyciski do sterowania zwierzęciem znajdują się po czterech stronach kilkumetrowego ekranu.

Warto zamknąć oczy i oddać się wrażeniom słuchowym. Na pewno usłyszymy śpiew użytkowników His Master’s Voice – instalacji, w której porusza się plastikowe kule przy pomocy głosu o różnej wysokości. Najwyższe tony zaprezentował, podczas konferencji prasowej, przedstawiciel grupy //////////fur////, wywołując tym większą sensację niż sam mechanizm gry. Oprócz śpiewu mamy okazję posłuchać przemówień największych przywódców, które wygłasza z wysokiej mównicy niepozorna, drewniana laleczka – generator przemówień. Nerwowe okrzyki i towarzysząca im muzyka pochodzą z instalacji Golden Chief – imitacji giełdy, na której rok liczy 365 sekund; w tym czasie trzeba kupować akcje, pilnie śledząc ich wzrosty i spadki.

Największą uwagę fotoreporterów przykuwają dwie osoby stojące naprzeciwko siebie z głowami schowanymi w ekranach komputerów. Tak działa FaceBox – inspirowana Facebookiem przestrzeń, w której – według instrukcji artystów – można porozmawiać z rzeczywistym przyjacielem albo poznać się dosłownie twarzą w twarz. Młodzi uczestnicy zabawy z ogromną werwą uderzają w wielki worek treningowy, zgodnie z narzuconym rytmem i kolorową sygnalizacją. Inni śmieją się ze znajomych, których twarze podczas gry widoczne są na wielkim ekranie.

Wystawa sprawia wrażenie wesołego chaosu, któremu „jarmarczności” odejmuje jednak biel ścian galerii i szczegółowe opisy instalacji umieszczone na ścianach. Trudno określić, w jakiej przestrzeni mentalnej jesteśmy, ale na pewno nie jest to nudna wystawa pełna sylwetek przesuwających się majestatycznie zgodnie z kierunkiem zwiedzania. Nie jest to również wystawa sztuki nowoczesnej bazująca na silnych doznaniach braku estetyki, wątpliwej treści lub złamania tabu. Jesteśmy w teatrze konwencji, które poznaliśmy kilka-kilkanaście lat temu, wciąż się do nich przyzwyczajamy, a jednak ugruntowały się w nas na tyle, że potrafimy się nimi bawić. Salony gier, darmowe gry w telefonach, Facebook, internetowe newsy, efekty specjalne – wszystko to już nie zaskakuje nas samo w sobie, ale dopiero w zmodyfikowanej formie pokazuje, w jakim stopniu należymy do wirtualnego świata. Po dwóch dekadach ten świat zaczął być dla nas swojski i niewykluczone, że za kolejnych kilkanaście lat będziemy patrzeć na jego elementy z takim rozrzewnieniem, jak dziś na stary odbiornik radiowy albo telewizyjny.

O zmianach w odbiorze sztuki mówi także postawa artystów – nie są już ekscentrykami stojącymi na piedestale, ale niemal techniczną obsługą wystawy. To odbiorca – konsument ma się poczuć dobrze, oddać się zabawie zamiast kontemplować głębię eksponatów i wrażliwość artysty. Pojawienie się tej wystawy w Polsce wiele mówi także o jej uniwersalności: Volker Morawe i Tilman Reiff są Niemcami, ze zwiedzającymi porozumiewają się po angielsku lub niemiecku. Znajomość języków to kolejna współczesna konwencja, na którą się zgodziliśmy. Niepolskość czy niesłowiańskość elementów wystawy nie ma żadnego znaczenia, podobnie negatywne nastawienie Polaków do Niemców, uwarunkowane historią, zdaje się nie odgrywać tu żadnej roli: nawet generator przemówień nazwany furer (pisany małą literą) kojarzy się raczej z ogólnym pojęciem wodza lub zabawą słowną  grupy //////////fur////, niż z tym wodzem, o którym Polacy woleliby zapomnieć.

Liczne plakaty rozwieszone w mieście, internetowa reklama, a może rekomendacja znajomych powodują, że wystawa cieszy się ogromnym powodzeniem. Jest przełamaniem anachronicznych założeń, że sztuka wymaga od nas obycia i wiedzy, albo przynajmniej przynależności pokoleniowej, która pozwala utożsamiać się z wybranym nurtem. Mam jedynie wątpliwości, czy udało się osiągnąć efekt, o którym mówią twórcy w materiałach prasowych: czy rzeczywiście maszyny prezentowane na wystawie wpływają na integrację użytkowników. Wydaje mi się, że – paradoksalnie – im nowocześniejsze efekty, tym bardziej maszyna skupia uwagę na samej sobie. Wspólne odkrywanie mechanizmów poszczególnych urządzeń nie jest daleko posuniętą integracją, ale krótkotrwałym i powierzchownym zbliżeniem, nawet jeżeli daje dużo radości. Przełom, jakiego dokonuje wystawa no pain no game, to łamanie konwencji biernego uczestnika i aktywnej instalacji, ale nie – przynajmniej w moim odczuciu – wyjątkowa okazja do poznania się bliżej.

Niezależnie od śladów pejcza na rękach, z wystawy wychodzi się jako zadowolony  i wypoczęty everyman. To ważne, bo no pain no game nie odwołuje się do wiedzy z historii sztuki, nie wymaga znajomości kultury Niemiec czy wcześniejszej twórczości grupy. Nie trzeba być snobem, nawet krzyżówkowym, żeby móc podzielić się wrażeniami. Wystawa odwołuje się do bólu i konwencji, co okazuje się bardziej uniwersalne zarówno w życiu, jak  i sztuce niż zakorzenione w kulturze poczucie estetyki.

24.09.2014

więcej w dziale Scena: