O agresji, czyli dlaczego jestem pacyfistą

Zdarzyło się Wam może grać w którąś z części „Fallouta”? Obejrzeć „Mad Maxa” lub „Jestem legendą”? A może przeczytaliście „Przestrzeni! Przestrzeni!” Harry’ego Harrisona? Ewentualnie spędzacie tydzień, czekając jak na szpilkach na kolejny odcinek „The Walking Dead” lub „Miasteczka Wayword Pines”? 

14152171_1049507641811372_1083151175_o

Wiecie, co łączy wszystkie te (i wiele, wiele innych) tytuły? Postapokalipsa. Czasem zagłada atomowa, czasem zamknięta ze sobą grupa ludzi, w których budzi się agresja, a najczęściej tajemniczy wirus „zombizmu”, który dziwnym trafem zawsze, ale to zawsze był przedmiotem badań w celu stworzenia broni biologicznej – i wydostał się z laboratorium.

                Widzicie, Drodzy Czytelnicy, podczas lat edukacji historii uczono nas o takim kresie rywalizacji na każdym polu, przede wszystkim zaś zbrojeń, pomiędzy ZSRR a USA. Okres ten zwał się zimną wojną. Pamiętam jak dziś, gdy mój historyk opowiadał nam, jak cały świat siedział wtedy na beczce prochu. Oba mocarstwa miały broń atomową, oba były gotowe jej użyć w każdej chwili. A wtedy druga strona odpowiedziałaby tym samym. Snuł przed nami wizję skażenia radioaktywnego jak w najbardziej pokręconych horrorach o Czarnobylu, które nie pozwoli ludziom żyć na powierzchni Ziemi. Być może nieco przesadzał. Być może takowe skażenie dotyczyłoby jedynie fragmentów. Nie mnie to oceniać. Nieważne.

                Ważne jest to, iż zimna wojna się zakończyła. Wraz z upadkiem ZSRR. Prawda? Tak nas uczono? Więc śpimy spokojnie, bo nic nam nie grozi.

                Ale czy aby na pewno? Patrząc na doniesienia medialne z Syrii, Ukrainy, na zamachy terrorystyczne w różnych krajach Europy, mam wrażenie, że przeżywamy albo drugą Wiosnę Ludów, albo jesteśmy w samym środku drugiej zimnej wojny. Przy czym skłaniałbym się ku temu drugiemu wyjaśnieniu. Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale dziś te śmieszne bombki, którymi straszył mnie i moją klasę nasz historyk, są równie stare i niepraktyczne jak dzida neandertalczyka. Podobnie jak cała technologia, także zbrojenia rozwijają się niesamowicie. Jeśli wybuchnie większa wojna – to widok grzyba atomowego pewnego pięknego poranka, przy kawie, nie powinien być zaskoczeniem. Jak w Falloucie 4.

                Ale po co ja właściwie o tym piszę? To są przykłady. Przykłady, jak wielkie zbrojenia i „obrona” przed atakiem mogą zniszczyć obie strony. Ale przenosząc to na grunt codzienny…

                Agresja rodzi agresję. Jeśli ktoś uderzy mojego przyjaciela, to ten będzie próbował się bronić i mu zapewne odda. Ja widząc to, także dołączę, broniąc przyjaciela. Na to przybiegną kumple agresora, aby skopać mnie i mojego kumpla. Przybiegnie ochroniarz z pobliskiego baru. Gdzieś poleci jakieś krzesło, ktoś przypadkiem rozbije okno w czyimś aucie… Przy sprzyjających warunkach za pół godziny mogą być piękne zamieszki.

                Oczywiście nieco to przerysowuję. Ale ta zasada naprawdę funkcjonuje. Im więcej na ulicach broni, bejsboli z Małym Powstańcem i innych narzędzi służących krzywdzie drugiego człowieka, tym gorzej. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, iż każda nasza agresja może pociągnąć za sobą wielkie skutki. Obrona na nią – tak samo. Więc po co uciekać się do przemocy? Może trochę tolerancji i otwartości?

                Dlaczego ten kark z naprzeciwka wyraźnie patrzy na mnie i tylko czeka, aż się zbliżę? Bo mam tęczowy znaczek? A może koszulkę Zielonych, KOD lub KPW (Kampania przeciwko homofobii)? A może po prostu dlatego, że w przeciwieństwie do niego samego nie mam na sobie wszędzie, gdzie się da, powstańczej kotwicy i słów „Śmierć wrogom Ojczyzny”?

                A teraz spójrzmy z drugiej strony. Dlaczego patrzę na niego jak na wroga? Dlaczego wiem, że muszę na takich uważać?

                Wszystko to rozbija się o proste zagadnienie – siła argumentu czy argument siły? Mimo tego, że w teorii chroni nas prawo, zasady społeczne raczej nie są przychylne biciu i obrażaniu ludzi, a policja pewnie przyjedzie dość szybko, to jest to ochrona iluzoryczna. Bo nim przyjadą funkcjonariusze, nim karetka zabierze którąkolwiek ze stron, nim sąd skaże zbója na więzienie, to ten poszkodowany może już dawno wyzionąć ducha. Ewentualnie być karmiony do końca życia przez rurkę. A wtedy „wymiar sprawiedliwości” to ma on już głęboko w poważaniu.

                Zacznijmy rozmawiać. Nie nośmy narzędzi do bicia, nie przechodźmy od razu do zwarcia, gdy coś nam się nie podoba. Prawo nie ma zastosowania tam, gdzie nie zdążą zareagować jego wysłannicy. To my, Polacy, ludzie, musimy zdać sobie sprawę, że prawdziwie bezpieczni będziemy dopiero wtedy, gdy wszyscy nie będziemy siać nienawiści ani grozić przemocą. Broń na ulicach zastrasza. A zastraszanie to nie bezpieczeństwo.

                A przemoc bierze się z braku tolerancji, z nienawiści, braku otwartości. Ale o tym już nie raz pisałem, i zapewne niejeden raz jeszcze napiszę – a dziś nie czas ani miejsce na to.

                Po prostu – zamiast się straszyć, spróbujmy się polubić. Zamiast bić, warto porozmawiać. Zamiast zwalczać „lewactwo”, „narodowców”, „homoaktywistów”, „zielonych”, „radiomaryjnych”, „liberałów” czy „prawaków”, lepiej zaakceptować, że inni ludzie są… inni.

                Proste, a tak szalenie ważne…

2.09.2016

więcej w dziale Miszmasz: