Opowieść z ulicy Prawdziwej

W jednym stowarzyszeniu, w którym się udzielam, mamy codzienne dyżury w biurze. Na potrzeby tego tekstu ustalmy, że lokal mieści się na ulicy Prawdziwej – i tak go w rozmowach prywatnych określamy. Prawdziwa to środek tzw. ciut gorszej dzielnicy miasta. Blisko centrum, ale i wystarczająco na obrzeżu, by być „mniej reprezentacyjną” okolicą. To specjalny zabieg. Nie sztuka przecież dogadać się z biznesmenami w garniturach. A my chcemy z każdym.

19142028_1368429809919152_1516276566_n

Ci, którzy dyżurują, wiedzą, że w czwartki na naszym podwórku pojawiają się ludzie biedni, bezdomni, bezrobotni… Po prostu – ludzie z problemami.

Pojawiają się dlatego, że w lokalu (komórce właściwie) sąsiadującym z naszym rozdawane są różne rzeczy, które mogą im pomóc troszkę lepiej żyć czy choćby się ubrać.

Z reguły nie nawiązujemy z nimi kontaktu. Oni są zajęci swoimi sprawami, my zajmujemy się swoją pracą czy interesariuszami. Ale zdarzają się też sytuacje inne – taka jak dziś.

Siedzieliśmy sobie z Agatą na Prawdziwej, ja jak zwykle robiłem swoją robotę komputerową, ona pracowicie zwijała włóczkę po ostatnim evencie (chyba ze cztery godziny; podziw absolutny!). Ludzie, o których pisałem powyżej, kręcili się po podwórku w słoneczku. Wtem Agata zauważyła kogoś znajomego, wyszła na zewnątrz. Po chwili wróciła, zakręciła się w kuchni i znów jej nie było. Nie zainteresowałem się za bardzo, co robi, robiłem swoje, szczególnie że akurat przyszedł do nas Andrzej – kolega jednego z naszych przyjaciół, chętny włączyć się w działania.

Po parunastu minutach, odprowadzając go do wyjścia, zauważyłem, że tuż obok naszych drzwi stoją sobie dwa krzesełka, a na nich siedzi dwoje ludzi. Na trzecim, tuż obok, stały dwa kubki herbaty.

Zagadałem do siedzących. Przyszli tu do lokalu obok po wsparcie, ale i też specjalnie zajrzeli do nas, bo wiedzieli, że będzie Agata, z którą, jak się okazuje, już się raz czy drugi spotkali.

Mężczyzna, Henryk, był niewidomy, jego przyjaciółka, Janina, nieco się nim opiekowała. Pogadaliśmy. Po przedstawieniu, chwili rozmowy o nich, stwierdzili… Że my to fajni jesteśmy.

My, w sensie ludzie z Prawdziwej.

A bo się uśmiechniemy. Bo poczęstujemy herbatą (to prawdopodobnie jedyna ciepła rzecz, jaką „zjedzą” przez najbliższe dni). Bo nie potraktujemy jak śmiecia czy ostentacyjnie „nie zauważymy”.

Wiecie, może się wydawać, że to niewiele, że to drobny szczegół, a cóż znaczy uśmiech czy kubek herbaty, przecież to nic nie kosztuje. Ale to trzeba było zobaczyć, jak oni to mówią. Czysta wdzięczność w oczach. Nawet tych niewidzących Henryka.

Na koniec zapisali się do nas. Tak. Przyjąłem ich. Sam podpisałem się pod deklaracjami członkowskimi jako osoba przyjmująca. Wiem, że nigdy nie przyjmą maila czy SMS-a z informacją o przyjęciu. Że pewnie nigdy nie wpłacą składki. Sam za nich wpłacę, jak dam radę. Nie o to chodziło. Chodziło o wiarę w ich oczach i w słowach, że nawet słowo kogoś takiego jak oni się liczy. Że nawet oni mogą zaważyć, zrobić coś…

A na koniec, gdy odprowadzałem ich do wyjścia, zapraszając ponownie – żebyście widzieli, jak dziękowali. Było mi głupio, naprawdę. Nie lubię, jak ludzie mi wylewnie dziękują. Ale chyba zrobiliśmy dziś z Agatą coś dobrego. Taki mały sygnał dobra na dziś.

Inna koleżanka z Prawdziwej opowiedziała mi, jak podczas jej dyżuru zdarzyło się prawdziwe oberwanie chmury. Pod niewielkim daszkiem przy wejściu do naszego biura schronił się jeden z wizytujących Prawdziwą w czwartki. Zmoknięty, zziębnięty. Podobnie jak my, ugościła go gorącą herbatą, skądś wyciągnęła Gorący kubek i pajdę chleba. Mężczyzna ponoć wyglądał, jakby właśnie siedział przed ucztą w Wersalu – o poziomie zaskoczenia już nie wspominając.

A przechodząc do konkluzji – czasem tracimy wiarę w to, że nasze działanie coś przyniesie, że staranie się o cokolwiek ma jakiś sens. Jedni o tym mówią, drugim aż wstyd o tym wspomnieć (choć uważam, że to żaden wstyd. Lepiej o tym pogadać z przyjaciółmi, niż dusić w sobie, bo będzie żarło. Jak kwas).

Całe życie różni lepsi i gorsi coachowie i domorośli psycholodzy wbijają nam do głowy frazesy takie jak: „W duży cel łatwiej trafić”. Oczywiście, ma to jakąś dozę prawdy w sobie. Ale jest także prawda przeciwstawna – chcesz naprawić świat? Uczynić go lepszym? Zacznij od siebie i od swojego otoczenia. A tutaj nawet malutki kroczek może mieć wielkie znaczenie. Serio. Tak jak ten kubek herbaty dla potrzebujących. Tak jak bezinteresowny, szczery uśmiech dla drugiego człowieka. A często goniąc za wielkim celem, zapominamy o takich niby mało istotnych szczegółach po drodze.

A człowiekiem się jest – a nie bywa…

15.06.2017

więcej w dziale Miszmasz: