Parabelka i scyzoryk

Termin „literatura narodowa” wraca do łask. Na jej temat toczą się dyskusje, wokół niej – spory, powstają próby kolejnych zdefiniowań (czy przedefiniowań) tego – wydawało by się – prostego pojęcia. U niektórych wyrażenie to powoduje konfuzję, u innych zaś dumę. Bardzo często kiedy rozmawiamy o „literaturze narodowej”, nie możemy dojść do porozumienia. Inaczej bowiem ją definiujemy.

olbrychski-daniel_6111850

Mówiąc ogólnie literatura narodowa dla mnie – to cały ogromny zbiór tekstów pisanych w języku (bądź językach) danego narodu. Dla przykładu: do literatury francuskiej zaliczę chansons de geste, Moliera, Verlaine’a, Mouriaca, Modiano i wielu innych… Polską (czyli narodową) literaturą będą dzieła tak Kochanowskiego (pisane po polsku) jak i Reja, zaś obok Gombrowicza – nawet jeśli to sąsiedztwo niewygodne – Sienkiewicza. Ale i twórczość Honeta, Wencla czy autora wiersza Prezydencki lot Szymona Domagały-Jakucia, nie da się ukryć, to też literatura narodowa. Słowem literatura narodowa zaczyna się dla mnie tam, gdzie zaczyna się literacki język danego kraju. Gdzie się kończy? Nie kończy się wcale. A jednak istnieje grupa osób, zazwyczaj o poglądach bardziej zachowawczych, tradycjonalistycznych, która definicję literatury narodowej niebezpiecznie zawęża do takich rozmiarów, że ta nasza polska literatura okazuje się być maleńką, zapuszczoną, dziką wysepką żałośnie prezentującą się na tle znakomitych europejskich i światowych wysp-kurortów.

Jedną z takich osób jest pani Milena Kindziuk, która na stronie internetowej „Tygodnika Katolickiego Niedziela” opublikowała notkę zatytułowaną Narodowa literatura to wielka Rzecz. Specjalnie używam tu określenia „notka”, bo w istocie wpis ten – jak na tak „wielką Rzecz” – nie prezentuje się okazale. A jednak mimo swej niewielkiej objętości zawiera tyle przemyśleń, nieścisłości, przemilczeń i dziwactw, że aż prosi się o głos polemiczny; głos z drugiej strony barykady. Zbyt ważny to dziś temat, jak sądzę, aby pozostać w okopach i czekać aż przeciwnik wystrzela wszystkie naboje ze swojej parabelki. W czym więc rzecz?

Otóż na początku tekstu autorka wyraża swoje zadowolenie z działania prezydenta Andrzeja Dudy, który wezwał naród polski do kolejnego pospolitego ruszenia. Na Moskwę jeszcze nie idziemy, gremialnie mamy za to podążać ramię w ramię z Prezydentem do bibliotek i księgarń: wypożyczać, kupować, czytać. Apel Dudy, choć to tylko pewien gest, budzi i moją sympatię. A jednak pani Kindziuk – rozpływając się nad tym pomysłem aktualnej głowy państwa – zdaje się mieć krótką pamięć. Czyż nie pamięta, że i poprzedni Prezydent – choć sam miał dość poważne problemy z ortografią – dzielnie ćwiczył swoją znajomość polszczyzny, a i nas zachęcał do tego samego, tworząc akcję Narodowe Czytanie? Może więc pani Kindziuk, gwoli rzetelności, powinna podziękować obu prezydentom: Komorowskiemu za inicjatywę, Dudzie zaś za „kontynuowanie tradycji”?

Kolejna rzecz: autorka pisze o lekturach jako o „najważniejszych dziełach ducha naszego narodu”. Nie wiem, być może naprawdę jest przekonana, że dzieła pisarzom dyktuje nie kto inny, tylko sam on: Duch Narodu. Pozwolę sobie jednak sądzić, że więcej pisarze zawdzięczają własnej ciężkiej pracy, talentowi i osobowości, a także literackim prądom i modom oddziałującym na kulturę ich czasów.

Dalej w tekście jest jeszcze ciekawiej. Otóż, autorka naprawdę wierzy w to, że apel Andrzeja Dudy wpłynie pozytywnie na młodzież i zachęci ją masowo do rzucenia się na biblioteki i księgarnie. W końcu, jak stwierdza ta polonistka: „obecny prezydent jest przecież autorytetem, bo młodzi ludzie na niego też głosowali”. Nie wiem na jakim świecie pani Kindziuk żyje, ale na pewno na innym niż ja. Wszak nietrudno oprzeć się wrażeniu, że czasy autorytetów w rodzimej polityce minęły, choć miejmy nadzieję nie bezpowrotnie. Jeśli młodzi ludzie idą do głosowania, najczęściej wybierają „mniejsze zło” lub chwilowe mody, jak Palikot czy Kukiz. Ewentualnie dziedziczą przekonania polityczne głosując na tych kandydatów, których wybierają ich rodziny. Toteż tezę autorki komentowanej notki o wielkim poważaniu Andrzeja Dudy wśród młodzieży traktowałbym raczej z przymrużeniem oka. Chyba że słowo „wielkie” zamienimy na „głębokie”.

Gdyby wzrost czytelnictwa był bezpośrednio zależny od takich czy innych wyborów, może sam bym zagłosował na tego, kto przekona mnie, że za jego rządów poziom czytelnictwa się podniesie. Niestety, ten faktyczny i wieloaspektowy problem społeczny ma swoje źródła nieco głębiej. To osobny temat.

Inną rzeczą jest krytyka samego pomysłu „narodowych czytań klasyków”. Zamiast wymyślać kolejne tego typu akcje, które jeśli coś poprawiają, to wyłącznie wizerunek głów państwa, może warto byłoby zainicjować na szczeblu prezydenckim czy ministerialnym poważną debatę ze specjalistami na temat kryzysu czytelnictwa i w tym gronie poszukać rozwiązań?

Wracając do samego artykułu. Czytamy w nim: „Wielcy pisarze (…) dawali nam lekcję polskości i patriotyzmu” – w istocie nietrudno się z tym zgodzić. Zarazem znów trzeba dodać, iż wielcy pisarze dawali nam szereg innych lekcji: tolerancji, kulturowej łączności z Zachodem, czy autoironii – umiejętności śmiania się z nas samych i demaskowania narodowych słabostek. Jak mniemam, tych i innych lekcji autorka tekstu odrabiać już nie zamierza. A szkoda. Jako polonistka, powinna wiedzieć, że braki w edukacji ciągną się za nami latami. Odnoszę wrażenie, że to właśnie autorka komentowanego przeze mnie tekstu jest tego najlepszym przykładem.

Oczywiście, w wyraźnie prawicowej notce nie można nie ujawnić swoich lęków przed „czasami Unii Europejskiej”, trzeba też przestrzec przed „owczym pędem do nowoczesności”. Pod tym względem tekst ten spełnia wymogi doktryny w stu procentach. Nie będziemy więc pani Kindziuk przekonywać o tym, że jednym z fundamentów nowoczesności jest świadomość rodzimej kultury: jej tradycji, stanu obecnego, wreszcie: perspektyw dalszego rozwoju. Oczywiście pojawiają się od czasu do czasu w dziejach ludzie reprezentujący idee, które chcą uczynić zamach na tradycję. Ale na tradycję, jak wiemy, nie ma rady. I oni prędzej czy później zostają w nią wchłonięci, tak że i o nich możemy dziś przeczytać w podręcznikach, między innymi o tym, jak – burząc zastany ład – przyczynili się do rozwoju literatury narodowej.

Konkluzje po lekturze tekstu pani Kindziuk wydają się dość przykre. Otóż autorka traktuje literaturę polską trochę jak cyrk, a trochę jak mauzoleum. Niczym iluzjonistka wyciąga z kapelusza pojedyncze książki, które pasują do jej ideologicznej definicji literatury narodowej. I jest to, na nieszczęście literatury narodowej, iluzjonistka dość sprawna. Bowiem na naszych oczach znikają pisarze kojarzeni z „nowoczesnością”, na których ta prestidigitatorka nie daje nam nawet spojrzeć. Nie czas, aby bronić postępu czy kwestionować tradycję – nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że niezależnie od naszych opinii na temat literatury – nazwijmy ją – „postępowej”, jej nieobecność w tym, co uznajemy za literaturę narodową powoduje właśnie to, co metaforycznie ująłem na wstępie. Tracimy łączność ze światem, stajemy się skansenem, może estetycznie nawet pięknym, lecz zupełnie nieużytecznym, niewspółmiernym do dzisiejszego świata. Mauzoleum, po którym oprowadza nas autorka, składa się z szeregu znakomitych i dobrze zakonserwowanych mumii i tylko jednego żyjącego, choć już leciwego, pisarza. Nie może nim być kto inny, jak Jarosław Marek Rymkiewicz.

Cóż, autorka, zamiast rzeczowego wyłożenia swoich tez i argumentów na ich poparcie, stosuje zaklęcia typu: „literatura narodowa to wielka Rzecz”. Ładne to, ale i puste. Jak na portal poważnego (jak się zdaje) katolickiego czasopisma – zbyt infantylne. Cały tekst przesiąka jakimś mitem, wyobrażeniem o kulturze i tradycji polskiej rodem z Sienkiewicza. Widać to już w nabożnym stosunku do prezydenta Andrzeja Dudy, w którym autorka zdaje się widzieć Andrzeja… Kmicica. Tak jak bohater Sienkiewicza porwał Oleńkę Billewiczównę, tak Andrzej Duda ma porwać naród na czele z samą panią Mileną Kindziuk. Przykro mi, lecz mnie prezydent swoimi pustymi gestami nie porywa. Przepraszam, nie zachwyca. Nie zachwyca i już.

Oczywiście w zasadniczej sprawie zgadzam się z autorką tekstu. Warto pamiętać o Adamie Mickiewiczu i jego Dziadach, nie tylko zresztą o III, ale i II części – przesiąkniętej pogańsko-słowiańskimi rytuałami. Należy czytać literaturę narodową socjalistki Marii Dąbrowskiej. I Rymkiewicza studia o romantyzmie lub – jeśli ktoś naprawdę czerpie z tego przyjemność – jego neobarokowe, klasycystyczne wiersze. Nie można gardzić też Stanisławem Wyspiańskim i jego Weselem, świetnie pokazującym napięcia klasowe między chłopem a inteligentem u progu XX wieku. I wreszcie Henryka Sienkiewicza – jego też nie pomińmy, pamiętając jednak, że jest to chyba największy mitoman w dziejach naszej narodowej literatury.

Kończąc, można stwierdzić: zgoda, każdemu potrzebne są mity. Gorzej jednak, gdy bierzemy je za prawdę. I te nasze „prawdziwe” mity oddzielamy barykadą od obcych, „fałszywych”. Nic więc dziwnego, gdy nam – obcym, na sam świst parabelki nad głową otwiera się w kieszeni scyzoryk.

więcej w dziale Papier: