Piraci z Karaibów – niezadowoleni recenzji nie piszą

Piąta część Piratów z Karaibów podzieliła krytyków na tych raczej niezadowolonych i tych powściągliwie zadowolonych. Wprawdzie filmy o piratach wydają się od zawsze podatne na lekkie uniesienia brwi, a w przypadku tej serii prawie każda część mniej lub bardziej bledła po zestawieniu z Klątwą Czarnej Perły, ale tym razem krytyka wydaje się być bardziej jednokierunkowa. 

piratesofthecaribbean_header_v5_6489f07c
Ilustacja: http://www.sonic1029.com/wp-content/uploads/sites/3/2017/05/piratesofthecaribbean_header_v5_6489f07c.jpeg

Jeżeli chodzi o uniżoną Wyżej Podpisaną, to na pewno nie powiem, że Zemsta Salazara rzuciła mnie na kolana. Z drugiej strony, nikt ze Strony Tytułowej nie zmusił mnie, nie przekupił ani też nie poprosił albo nawet zasugerował tego tematu na artykuł – innymi słowy, niezadowolona nie pisałabym recenzji. Czy więc film mnie nie zawiódł? Tak. Czy miałam wysokie oczekiwania, które można byłoby zawieść? Nie. Czy parę godzin po wyjściu z kina piję rum? Tak. Możliwe niewielkie spoilery z poprzednich części.

Być może warto zacząć od tego, co faktycznie różni Zemstę Salazara od poprzednich części Piratów z Karaibów: na pewno nie jest to „przedstawienie jednego człowieka”, którym seria właściwie była, od chwili gdy Johnny Depp wyniósł patrzenie przed siebie na nowy poziom epiki, a cumowanie – ekhm – okrętu na wyżyny komizmu. Przez cztery części kapitan Jack Sparrow łączył funkcje głównego bohatera, osi fabuły, dyżurnego komika, dalekowzrocznego stratega, stukniętego improwizatora i osobistego irytatora Davy’ego Jonesa. W tej części… no cóż, nadal stara się być komiczny i stara się wymyślać plany. Do tego chyba został przeklęty. I skończył się rum. Ale nie da się zaprzeczyć, że coś jest z nim nie tak. Częściowo chcę sądzić, a częściowo szczerze sądzę, że bardziej jest to wina scenariusza niż Deppa, ale z drugiej strony co najmniej poprawne postaci Salazara i Barbossy trochę przeczą temu podejściu. Jack jest tak bardzo „sobą”, że staje się swoją karykaturą. Wszelka trójwymiarowość (czy chociaż pozwalająca na dużo projekcji enigmatyczność) zupełnie zniknęła, i najmniej ma to wspólnego z fabularnym spojrzeniem w przeszłość Sparrowa. Trudno rzecz jasna było go kiedykolwiek posądzać o heroiczność. Wydaje mi się zresztą, że urok gatunku pirackiego polega w dużej mierze na założonej antyheroiczności – której urok polega z kolei na przewidywanym, choć krótkotrwałym, zwrocie ku szlachetniejszym pobudkom. Przez cztery części kapitan Jack miał jasno określony cel, mgliste pojęcie o sposobie osiągnięcia go i permanentnie improwizowane wszystkopośrodku, po czym w ostatnim akcie filmu potrafił go narazić na fiasko lub nawet porzucić dla innych postaci (scena w wirze wodnym należy o moich ulubionych w całej serii). Owszem, nie grzeszył wrażliwością, ale zwykle pozwalał sobie na opuszczenie zupełnie nonszalanckiej fasady, i to nie tylko wobec samego siebie. W Zemście Salazara Sparrow daje się wykiwać na prawie slapstickowe sposoby, poświęcać chwilowo pozwala się innym i na koniec dalej się zgrywa na cynizm. Trochę aż smutno.

Przedstawianie złych informacji na początku jest podobno psychologicznie i retorycznie lepszą taktyką niż zaczynanie od dobrych. Ponarzekawszy więc trochę i zerknąwszy przy okazji na dno psychiki kapitana Jacka Sparrowa, można się zwrócić ku cieplejszym wodom Zemsty Salazara. Fabuła, chociaż początkowo nieco powolna, ciągnie schemat znany z poprzednich części: kilka postaci (w tym jeden Sparrow, jeden Barbossa, jedna przeklęta morska legenda, jedna kobieta, jeden Turner i jeden okręt brytyjskiej marynarki), każda we własnym celu, poszukuje zaginionego, a właściwie to teoretycznie nieistniejącego artefaktu morskiego – tym razem padło na Trójząb Posejdona. Niechętna współpraca, po wyeliminowaniu marynarki i widowiskowych efektach mitów morskich (tym razem rozstąpionego morza) przeradza się w co najmniej ciepłą zażyłość. Jednak pod tym schematem kryje się pół drugiego dna, którym w Piratach z Karaibów (jak często w sagach filmowych) jest rodzina. Kolejne pokolenia Turnerów, problemy ojców-piratów odczuwających wstyd wobec własnych dzieci i skomplikowane relacje córek z ojcami ożywiają, a nawet czynią wzruszającą także Zemstę Salazara. Poza rodziną Sparrowów. Rodzina Sparrowów stała się tylko jeszcze fajniejsza dzięki wujkowi Jackowi (cameo Paula McCartneya), co skłania mnie ku trzymaniu kciuków za rychłe pojawienie się dziadka Jolly Lee Lewisa.

Stwierdzenie, że Zemsta Salazara nie jest „przedstawieniem jednego człowieka” nie miało na celu tylko ponarzekania na Johnny’ego Deppa. W filmie aktorsko wybijają się od pierwszej części znakomity Barbossa Geoffreya Rusha i tytułowy Salazar Javiera Bardema. Sceny pomiędzy nimi należą do najlepszych i aż szkoda, że trochę ich mało. Szwarccharaktery w Piratach z Karaibów (a przynajmniej ci piraccy, Becketta oby meduzy poparzyły zanim zjadły go rekiny z próchnicą) zwykle budzą mieszane uczucia. Sam Barbossa wywoływał sympatię jeszcze zanim stał się pozytywną postacią (Skrzynia Umarlaka musiała powstać po prostu po to, żeby wreszcie zjadł sobie jabłko). Historia Davy’ego Jonesa, ze swoim zapleczem w legendach morskich, była na swój sposób wzruszająca. Bezinteresowne okrucieństwo Czarnobrodego miało w sobie coś wręcz fascynującego. Tym, co wyróżnia Salazara, jest jego personalny stosunek do Sparrowa. Aby jego zemsta trafiła do tytułu w niektórych tłumaczeniach, nie mógł być przecież jedną-z-tysiąca-osób-którym-Jack-podpadł[1]. Nie zdradzając za dużo z fabuły, wystarczy powiedzieć, że Jack Sparrow stał się kapitanem Jackiem Sparrowem dokładnie w tej samej chwili, gdy kapitan Armando Salazar stał się wodno-spopielonym Salazarem.

Tym, w czym Zemsta Salazara równocześnie pozytywnie się wyróżnia i kontynuuje tradycję poprzednich części, są efekty specjalne. Po nie-umarłej załodze Czarnej Perły, zrybionych podwładnych Davy’ego Jonesa i zombie Czarnobrodego przyszła pora na spopielonych topielców. Równie dziwacznie niepokojące wrażenie pozostawia okręt Salazara, także kontynuujący tradycję dziwnych statków z Piratów z Karaibów – ze swojej strony mogę powiedzieć, że zrobił na mnie wręcz najsilniejsze wrażenie z nich wszystkich. Czarna Perła (przed zdjęciem klątwy, rzecz jasna) była mającym w sobie coś przytulnie znajomego statkiem widmo. Latający Holender, wyglądający jak naturalna część oceanu, wywoływał we mnie większy niepokój – ale może tylko dlatego, że nie lubię ryb. Zemsta Królowej Anny była tylko tak straszna, jak ten, kto dzierżył stanowiącą jej pilot szablę. Cicha Maria natomiast, ma w sobie coś organicznego. Równie spalona, zatopiona i groteskowa jak jej załoga, wydaje się żyć własnym życiem, a oglądając jej ogołocony z desek kadłub, trudno mi było pozbyć się skojarzenia z ludzkimi żebrami. Dodatkowe plusy za pomysłowo obszarpane rekiny.

Muzykę podsumuję krótko: to nie jest Hans Zimmer. Ale nie jest źle.

Mając zły zwyczaj porównywania tekstu mówionego z napisami, mogę jeszcze dodać, że mam mieszane uczucia w kwestii przekładu. Z jednej strony sekstans wreszcie doczekał się dwuznaczności, której był wart od chwili swojego nazwania, z drugiej boli tłumaczenie „a map no man can read” jako „mapa, której nie można odczytać”, gdy kontekst wskazuje na starą dwuznaczność angielskiego „man”. Pisząc to, przemawia przeze mnie naiwna wiara, że być może naprawdę dam radę uwrażliwić przyszłe pokolenia tłumaczy na takie makbetowskie gry słowne.

Podsumowując, należałoby przedstawić jakieś rekomendacje. Piratów z Karaibów: Zemstę Salazara na pewno mogę polecić wszystkim, którzy są zdesperowani, żeby zostać zabawionymi (tak jak ja, gdy po perfidnym tygodniu szłam do kina). Co do reakcji zapalonych fanów, zawsze wolę być ostrożna – mogą być równie dobrze ślepo zachwycone, jak i zaciekle negatywne. Najsprawiedliwiej orzekając: tych, którzy będą nastawieni pozytywnie bez dużych oczekiwań, film raczej nie zawiedzie. Tych, którzy są nastawieni negatywnie, albo tylko neutralnie, najprawdopodobniej nie przekona. Ale może zachęci do rumu.

13.06.2017 r.

[1] Piraci z Karaibów: Zemsta Wykonawczyń Najstarszego Zawodu Świata mogłaby okazać się groźnym konkurentem dla Mody na Sukces

więcej w dziale Ekran: