Post soap opera – seriale nowej generacji w domu każdego Kowalskiego

Każdy z nas ma znajomego, który potrafi stracić całe popołudnie na oglądanie seriali. Co więcej, sami czasem grzeszymy w ten sposób. Bez bicia przyznaję się, że mania seriali dopadła mnie na całego. Niby zaczęło się niewinnie, ot – jedna, dwie ulubione serie… A potem bum! Odcinek za odcinkiem, a nawet (o zgrozo!) sezon za sezonem. Na marginesie dodam, że taka aktywność zyskała już nawet mądrą nazwę – binge-watching. Nie bez zdziwienia zauważyłam, że jeszcze parę lat temu zabijanie czasu telewizyjnymi tasiemcami było raczej wstydliwe, a teraz fani tej formy rozrywki zrzeszają się w ogromne fandomy liczące miliony ludzi z całego świata (globalna wioska) i do towarzyskiego passé zalicza się raczej tych, którzy nie oglądają. Co przyciągnęło i zatrzymało wcześniejszych sceptyków?

seriale525

Kilka dni temu portal Legalna Kultura opublikował przygotowane przez warszawską firmę MEC badania statystyczne „seryjnych oglądaczy” seriali. To właśnie te badania stały się inspiracją mojego artykułu . Zachęcam serdecznie do zapoznania się z nimi. Można się dowiedzieć przykładowo, który serial jest najchętniej „pożerany” oraz która telewizja oferuje najczęściej oglądane seriale. Ów raport można znaleźć TUTAJ. Ja natomiast opowiem Wam trochę o przyczynach zmiany w postrzeganiu i sposobach oglądania seriali, bo chyba warto przyjrzeć się zjawisku z szerszej perspektywy.

Historia serialu wcale nie jest taka długa, bo przecież sama telewizja, co może zdziwić młodszych czytelników, nie została wynaleziona specjalnie dawno. I tutaj kolejna ciekawostka – sam serial wcale nie narodził się na potrzeby TV, lecz u swojego zarania był radiowym słuchowiskiem będącym częścią większej całości. W taki sposób na przykład do szerszej rzeszy odbiorców docierały książki, dramaty i tak dalej. Dopiero w latach 60. XX w. serial przenosi się na grunt rzeczywistości telewizyjnej. Pierwszymi jego odbiorcami były kobiety, a ściślej  mówiąc gospodynie domowe, oglądające obyczajowe dramaty w czasie, gdy ich mężowie i dzieci byli poza domem. Z czasem poszukiwano nowych odbiorców, a co za tym idzie, odpowiednich dla nich tematów, a także godzin emisji. Lata 80. to upowszechnianie telewizji kablowej, a więc poszerzenie oferty telewizyjnej o dziesiątki, setki nowych kanałów, czyli zwiększenie konkurencji. Z kolei przełom wieków to wysyp seriali dla 20-30 latków, niekoniecznie wałkujących przez lata historię jednej, wielkiej, pokręconej rodziny. Nowi odbiorcy potrzebowali czegoś zupełnie innego, niż do tej pory oferowała im standardowa soap opera, czy nieco wytarty gatunkowo sitcom. Telewizja skupiona na ilości ofert odeszła do lamusa. Odbiorcom marzyło się coś, co rozkocha ich w sobie swoją nietuzinkowością jakością. Taką drogą mądre telewizyjne mózgi stworzyły produkty, które dziś kwalifikujemy jako seriale nowej generacji: post-soap operę.

Na słowo soap opera, oznaczające dosłownie operę mydlaną, w mojej głowie ożywają wspomnienia moich babć, żyjących intensywnie wokół tych brazylijskich potworów z ckliwo-dramatyczną muzyczką i wyssanymi z palca problemami, a przede wszystkim, niecierpliwie czekających na kolejny odcinek „Mody na sukces”. Najbardziej utkwiła mi w głowie chwila, w której babcia rozpaczała nad tym, że biedny Rich wpadł do pieca. Rzuciłam wtedy, że nie musi rozpaczać, bo zapewne znajdą sposób, by jakoś go przywrócić. I wierzcie mi, żartowałam. Telewizor wziął to jednak do siebie zbyt poważnie, bo już w następnym odcinku wspomniany bohater, bez śladu oparzenia wyszedł z pieca (hutniczego, do cholery!), by wziąć w ramiona ukochaną ciocio-babcio-macocho-siostrę Brooke i pocałować ją namiętnie. Po co przytaczam tą historię? Tak właśnie działa soap opera. Długaśny utwór o tematyce zazwyczaj obyczajowej, poszczególne odcinki stanowią domknięty fabularnie fragment, którego ominięcie w niczym nie przeszkodzi nam w zrozumieniu całej historii. Dość typowe dla tego typu seriali jest również ostentacyjne lokowanie produktu. No wiecie, niesforna Ola odcedzając barszcz wigilijny wylewa cały gar do zlewu, ale bez obaw, święta uratowane, bo przecież mamy barszcz z torebki firmy XXX. Oh, Olu, to nawet lepiej, że wylałaś ten barszcz. Wolimy ten z proszku, firmy XXX, przecież nie ma konserwantów (buraków prawdopodobnie też nie ma). Okropne, czyż nie?

Post-soap opera, serial nowej generacji, kieruje się czymś zupełnie innym. Jego budowę można chyba najłatwiej scharakteryzować odwołując się do Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Szeherezada opowiada sułtanowi różne historie, rysuje kolejne wątki, zamykając je tak, by wywołały następne i następne, a przy tym zazębiały się, aż sułtan nie może już bez tej historii żyć, tak głęboko w nie wchodzi. Tak właśnie manipulują nami seriale jakościowe. Musimy oglądać chronologicznie, odcinek po odcinku. Seriale nowej generacji oferowane w standardowej telewizji są emitowane w tak zwanym prime time, czyli w szczycie oglądalności, pomiędzy 20 a 23, natomiast reklamy są sprytniej ukryte, jeżeli już pojawiają się w samym serialu. Najczęściej jednak bombarduje się nas nimi przed i po odcinku, rzadziej w trakcie. Obserwowanie bohaterów w różnych aspektach życia przywiązuje nas do nich o wiele głębiej. Zmienia się też tematyka, która nie stroni od kontrowersji, skandalu, a nawet zdarzeń ponadnaturalnych. Jasne, obserwujemy zachowania ludzi, ich psychologię, w końcu to nas podnieca najbardziej, życie cudzym życiem. Tylko, że zamiast stwarzania sztucznego wrażenia rodzinki z sąsiedztwa pokazujemy te same mechanizmy, które rządzą nami samymi w zupełnie innym otoczeniu, co nadaje im niesamowitości. Obojętnie, czy nasi bohaterowie zabijają się o Żelazny Tron, starają się przeżyć apokalipsę zombie, są historycznymi królami Wikingów, albo nawet ambitnymi amerykańskimi politykami, prawnikami czy chirurgami, dominanty ich życia są dokładnie takie jak nasze. To ich do nas przybliża. A im bardziej ich rozumiemy, tym bardziej ich lubimy. A jeśli ich lubimy, zrobimy wszystko, by się z nimi często spotykać. Tak, Kochani, jesteśmy zmanipulowani do przywiązania się do krzesła albo fotela. Ale nie żebyśmy narzekali, prawda?

Telewizja jakościowa reklamuje się od strony przenoszonych wartości, ponieważ w świecie współczesnym, zdominowanym przez media wszelkiego typu (zwłaszcza Internet), nie ma innego wyjścia. Jest to jedyna droga, która przyciągnie odbiorców. Dość mamy chłamu, widz nie jest głupi. Wyczuwa znakomicie pobłażliwe klepanie po głowie. Widz łaknie rozrywki, która zostawi w nim coś więcej. Chce czegoś, co w rozproszonym świecie skupi jego uwagę, pozwoli mu się zaangażować. Seriale nowej generacji przez swoją formę i treść trwale nas ze sobą związują. Co więcej dla twórców są „kurą znoszącą złote jaja”. W końcu produkcja telewizyjna jest tańsza niż filmowa, a jeśli angażuje nas na dłużej, przynosi długotrwałe zyski. Dlatego specjaliści nieśmiało szepczą o nowej złotej erze telewizji, która była już przecież wkładana w trumnę. Jedynym skutecznym ratunkiem okazuje się być dla niej produkowanie seriali jakościowych. Skoro dostajemy więcej i lepiej, w dodatku taniej, to oczywiste, że zwrócimy się ku serialowi. Czysto praktycznie patrząc, serial jest też możliwością na wierniejsze opowiedzenie epickich historii. Słynna jest geneza powstania serialu Gra o Tron, który miał być początkowo zamknięty w trzygodzinnej superprodukcji Hollywoodu. Całe szczęście, G.R.R. Martin swoje dziecko wolał oddać do stajni HBO, już znanego wcześniej między innymi z produkcji Czystej Krwi. Dzięki temu do złożonego świata Pieśni Lodu i Ognia możemy wracać na dłużej. Albo nawet z niego nie wychodzić. Swoją drogą serial nowej generacji w ciekawy sposób zapełnia przestrzeń pomiędzy za mało ambitną telewizją, zbyt wymagającym kinem offowym i efekciarskim kinem komercyjnym. Ewa Kaja nazywa seriale elementem „zbiorowej inteligencji” (termin stworzony przez H. Jenkinsa). Oznacza to, że wzbogacają one społeczny dorobek myślowy, stając się źródłem kultowych obrazów, myśli, charakterów, a przede wszystkim nośnikiem idei, które znajdują miejsce w dziedzictwie  ludzkim. To dlatego, czasem bardzo nieświadomie, piętnujemy tych, którzy z owej zbiorowości usiłują się wyrwać. Izolujemy tych, którzy nie chcą być uczestnikami ogólnodostępnej społecznie myśli. Wywieramy presję, ponieważ chcemy dzielić pomiędzy siebie doświadczenia: radość ze zwycięstwa ukochanego bohatera, albo smutek po jego tragicznej śmierci. Kultura zaangażowania wyklucza obojętność.

Wszystko pięknie, powiecie, ale przecież ta baba odwołuje się tylko do realiów amerykańskich, do wielkich produkcji takich koncernów jak Netflix, HBO, Abc, CANAL+. Telewizja jakościowa w Polsce nie ma racji bytu! Czyżby? Jeżeli chodzi o polską rzeczywistość, jesteśmy w stanie produkować seriale pokroju House of cards, Vikings, Supernatural, Suits. Dobrym przykładem są tutaj Wataha, Misja Afganistan, czy chociażby genialna Ekipa. Problem jest taki, że ugrzęźliśmy w Ranczach, Klanach i Przepisach na życie. Bo szefowie polskich stacji telewizyjnych uparli się na stary target, na sprawdzone schematy budowania wydmuszek bez sensu, z obowiązkową obecnością ciężarnej, samotnej kobiety, poszukującej nowej miłości i wianuszka jej adoratorów. Badania o których już wspomniałam wskazują, że Polacy zakochani w serialach o wiele chętniej sięgają po internetowe platformy, nawet płatne, niż rodzime prywatne stacje telewizyjne. Wniosek nasuwa się sam – jesteśmy gotowi płacić za jakość, tylko na Boga, dajcie nam ją!

Soap opery przejadły się widzom na całym świecie. Potrzebujemy intryg, nieoczywistości. Chcemy być zaangażowani i zaskakiwani. Chcemy krwi pokonanych i zabawnych dialogów. Chcemy epickości, chcemy, by opowiadane historie miały znaczenie. To wszystko możemy znaleźć w serialach nowej generacji oferowanych przez nowo kształtującą się telewizję jakościową, która nie uważa swoich widzów za odmóżdżonych kretynów. Obecnie zmienia sie postrzeganie serialu. Myśląc o nim, nie mam już przed oczami ckliwych tasiemców. Nie uważamy oglądania seriali za kłopotliwe hobby. Mało tego, pożądane w towarzystwie jest pasjonowanie się najmodniejszymi z nich. Powiedzenia, czy żarty zaczerpnięte z telewizyjnych perełek wchodzą na stałe do języka potocznego. Serialowa rzeczywistość wsiąka w nas tak bardzo, że porównujemy obecnego Prezydenta RP do przebiegłego bohatera jednego z amerykańskich seriali. Czy chcemy, czy nie, post-soap już przejmuje kontrolę nad naszym światem, rozprowadzany nie tylko za pośrednictwem telewizji, ale też Internetu. I całe szczęście.

więcej w dziale Ekran: