Sherlock po raz trzeci

Ponad dwa lata fani Sherlocka zmuszeni byli czekać na rozwiązanie zagadki tajemniczej śmierci, a raczej tajemniczego zmartwychwstania głównego bohatera serialu. Trzeci sezon niektórym przyniósł rozczarowanie, innym satysfakcję, a BBC kolejne miliony zarobionych funtów. Ciężko mi jednak nie powiedzieć „shut up and take my money” i nie żądać od BBC kolejnego sezonu.

sherlockB

Trzeba przetrwać jedynie do 25 grudnia 2014 roku, bo właśnie na ten dzień BBC zapowiedziało kolejną premierę sezonu. Dwa sezony w jednym roku? To spełnienie najskrytszych marzeń wszystkich wyznawców sherlockologii. Nie ukrywam, że będzie mnóstwo spoilerów w tym artykule, ale pozwoliłam sobie wyjść z założenia, że najnowszy sezon wszyscy widzieli co najmniej raz i nikogo niczym tutaj nie zaskoczę.

Pierwszy odcinek trzeciego sezonu miał przynieść głównie odpowiedź na pytanie JAK (jak on to przeżył, jak on to zrobił?). Niestety, scenarzyści fanów zostawili samym sobie. Zaproponowano nam trzy alternatywne rozwiązania tego, w jaki sposób Sherlockowi udało się przeżyć. Po pierwsze Sherlock spuścił się po linie wpadając przez okno do Molly i namiętnie ją całując. Martwym Sherlockiem miał być Moriarty z maską na twarzy. Okazało się, że jest to jedynie wymysł jednego z bohaterów serialu wierzącego w przeżycie Sherlocka. Kolejna propozycja dotyczyła romansu Sherlocka z Moriartym. Mieli oni całować się na dachu budynku w świetle zachodzącego słońca, a Sherlock, z którym Watson rozmawiał przez telefon, miał być jedynie kukłą. W tej scenie ewidentnie widać szeroki uśmiech od scenarzystów dla najdzielniejszych fanów serialu, którzy z wypiekami na twarzy wystukiwali na klawiaturze historię płomiennego homoseksualnego romansu. Trzecia opcja, prawdopodobnie najbardziej możliwa, przedstawia wszystko to, czego dotyczyły domysły znudzonych i zniecierpliwionych fanów. Sherlock domyśla się planu Moriartiego, zabezpiecza się na każdą okoliczność, koniec końców skacze na dmuchany materac, a potrącony przez podstawionego rowerzystę Watson nie do końca jest świadom tego, co się dzieje. Nie wiadomo, która wersja jest prawdziwa. Nie wiadomo nawet, czy scenarzyści mieli jakikolwiek pomysł w jaki sposób człowiek, nawet tak bystry jak Sherlock, mógłby uratować się z takiej opresji. Tak czy siak, ja pozostanę wierna teorii, którą znalazłam w Internetach na długo przed premierą trzeciego sezonu: Sherlock skoczył z budynku na różowy dmuchany materac w kształcie zamku przeznaczonym dla „małych księżniczek”. Cokolwiek nie powiecie, jestem przekonana, że nie ma słodszej wersji Szerlokowego zmartwychwstania.

Z Szerlokowym uratowaniem będzie pewnie tak, jak z ostatnim odcinkiem Lostów. Ile ludzi – tyle teorii. Choć tym razem scenarzyści nie próbują nam wmawiać, że od początku mieli ten odcinek napisany i przygotowany. Mogło być gorzej.

Zaczepiając o drugi odcinek, chciałabym wskazać moment, który zwalił mnie z nóg na kolana na dobre kilka minut – kiedy na weselu Watsona Sherlock próbuje odkryć mordercę, rozproszonemu i zdekoncentrowanemu detektywowi mieni się przed oczami słowo „mayfly”, a w ujęciach pojawia się moja ukochana Irene Adler (Lara Pulver). Jestem święcie przekonana, że odcinek „A Scandal In Belgravia” swoim pięknem, doskonałą fabułą, dość pokręconym scenariuszem i fenomenalnymi dialogami jest jednym z lepszych serialowych odcinków jakie kiedykolwiek powstały.

Wracając do drugiego odcinka: akcja toczy się w czasie wesela Watsona i Mary. Fabuła toczy się w rytm Sherlockowej ślubnej przemowy (bo na jego nieszczęście został mianowany na świadka). Oczywiście przemowa szybko zmienia się w zagadkę kryminalną, a ofiarą o mały włos nie został stary kolega z wojska Watsona. Okazuje się, że zabija szalony fotograf wbijając szpikulec w wojskowy pas, a dziabnięty delikwent umiera dopiero po rozpięciu tegoż pasa. Na weselu nieszczęścia udało się uniknąć dzięki błyskotliwemu detektywowi i przyjemnej druhnie, która nieświadomie zwróciła Sherlockową uwagę na nadzianego weselnego prosiaka. Z tego odcinka (oprócz Irene Adler) warto zapamiętać, że Sherlock wrócił do zaskakiwania, płynnej i dynamicznej fabuły oraz swojego dawnego stylu bycia. Nieco łez wylałam na niektórych fragmentach detektywowej przemowy, ale o wiele więcej czasu zbierałam szczękę z podłogi w myślach powtarzając niczym nawiedzona członkini jakiejś sekty „Jest, oto powrócił!” (w mojej głowie w tej scence, która też odbywa się w mojej głowie klęczę na skale i wznoszę ręce ku niebu).

W nowym sezonie pojawia się Mary, która zdaje się stawać po stronie detektywa o niskim głosie. Uważny Sherlock robiąc jej „ogląd” określa ją mianem „kłamcy” (liar), co skutkowało natychmiastowym zalewem Internetu przez domysły internautów na temat tego, na jaki to temat Mary (teraz już) Watson kłamie. Ucieszyło mnie to, bo nic nie bawi tak bardzo, jak Internet tworzący na wyścigi kolejne, coraz bardziej pokręcone teorie.

Trzeci odcinek trzeciego sezonu kończy się podobnie jak ostatni odcinek drugiego sezonu. Pojawia się Sherlock, któremu najpierw grozi śmierć (widzimy rozpaczliwie próby walki Sherlocka o życie), potem grozi mu więzienie za morderstwo, aż w końcu jak diabeł z każdego telewizora wyskakuje Moriarty. Niby widzieliśmy, jak Morirarty strzelił sobie w głowę, ale w końcu widzieliśmy też Sherlocka upadającego z dachu i umierającego na chodniku. No cóż, trzeba nauczyć się, że w tym serialu śmierć nie zawsze oznacza koniec życia.

Ostatni odcinek przyniósł w końcu odpowiedź na pytanie „dlaczego Mary jest kłamczuszką?”. Okazuje się, że małżonka Watsona była tajnym agentem CIA, co skutkuje postrzeleniem przez nią Sherlocka w brzuszek (ale tak by nie umarł!). Wszyscy jej jednak wybaczają, bo w końcu jest w ciąży, a poza tym przecież nie chciała zabić Sherlocka!

Dość przytłaczająca była scena zakochanego Sherlocka w objęciach weselnej druhny. Na szczęście okazało się, że to po prostu spotkanie dwojga manipulatorów, gotowych dla własnych celów dokonać wszystkiego. Takie rozwiązanie przyniosło ukojenie moim zszarganym nerwom i cieszę się, że, mimo nadziei rzeszy internautów, sprytni scenarzyści w drugim sezonie nie połączyli węzłem głębokiej miłości Irene Adler i Sherlocka.

Nie jestem rozczarowana. Pierwszy odcinek zapowiadał nieszczęście w postaci serialu, który tylko dwa pierwsze sezony ma dobre, ale pięliśmy się po szczeblach odcinkowych i sezon zakończyliśmy dobrym odcinkiem choć nie wzbudzającym tylu emocji co finałowy odcinek drugiego sezonu. Bo cóż zaskakując zaskakującego w tym, że żyje ten kto miał nie żyć?

I’m sherlocked forever.

Mam nadzieję, że jest to zupełnie zbędne, ale dla porządku czuję się zobowiązana wspomnieć, że Sherlocka gra Benedict Cumberbatch, Watsona gra Martin Freeman a w roli żony Watsona zobaczyć mogliśmy Amandę Abbington (prawdziwą dziewczynę tego drugiego).

25.05.2014

więcej w dziale Ekran: