Spokojny tekst programowy

Drodzy czytelnicy, piszę ten artykuł z kilku przyczyni z racji kilku możliwości. Głównym powodem jest polemika z moim tekstem „Piję kawę wiosną i nie wiem, co to biznes”. W dyskusji – zarówno na naszej stronie, jak i profilu facebookowym – wzięło udział kilka osób, którym chciałabym odpowiedzieć trochę dłużej niż w standardowym komentarzu. Drugąprzyczyną jest chęć naświetlenia, w jakim kierunku zmierzają moje próby publicystyczne i artystyczne, z którymi być może kiedyś się spotkacie. 

11261466_949775895053500_2086324574_n

Możliwość opublikowania takiego ani precyzyjnego, ani schematycznego tekstu daje mi Strona Tytułowa, która jest nie tylko jednym z wielu pism studenckich, ale i przykładem portalu, w którym obowiązuje wolność słowa. Jako redakcja nie prowadzimy cenzury (ani autocenzury) ideologicznej, poddajemy teksty korekcie jedynie pod względem językowym. Pisząc ten tekst, wiem, że nie spotkam się z komentarzami typu:„ludzie wolą czytać co innego” albo: „temat jest zbyt śliski”. Prasa, nawet ta mniej wpływowa, po to działa, żeby mówić w czyimś imieniu, autentycznie. Podążając całkowicie za wymaganiami rynkowymi i tendencjami marketingowymi, także my wkrótce utonęlibyśmy w morzu „kultury” tak szeroko pojętej, że aż nieuchwytnej (jak to bywa w sieciowych sklepach, w których zakup książki jest jedynie pretekstem do zainteresowania gadżetami z promocji).

Mniej więcej miesiąc temu opublikowałam artykuł „Piję kawę wiosną i nie wiem, co to biznes” z – przyznaję – dość przerysowaną i może przesadną krytyką działalności szkół językowych. Czytając słowa polemiki i usiłując na nie odpowiadać, odniosłam wrażenie, że ukryte przesłanie tekstu pozostaje nadal ukryte. Epoka tak zwanych „postyzmów” nie sprzyja co prawda dochodzeniu do tego, „co autor miał na myśli”, jednak eksperymentalnie spróbuję wyjaśnić.

Naświetlenie jednego z obrzędów krzewienia kultury zachodniej miało być przykładem i pretekstem dla ukazania szerszego zagadnienia, jakim jest rozproszenie tożsamości i pozbawianie szansy dialogu. Wychodzę z założenia, że zarówno autorka tego tekstu (wbrew pozorom), jak i nasi czytelnicy i współpracownicy mają świadomość mechanizmów świata, w którym żyją: rzeczywistości, w której z jednej strony dostajemy nieograniczony wybór dóbr i usług, z drugiej zaś sięgając po taki towar za każdym razem, wkraczamy do sieci, w której pełnimy określoną rolę. Silna świadomość, potrzebna do przetrwania w konsumpcjonizmie (co zrobić, żeby nie pozwolić się oszukać, zalać niechcianą reklamą i zobowiązaniami),powoduje, że podobną podejrzliwość zaczynamy przenosić na relacje międzyludzkie – jeżeli taka kategoria jeszcze w ogóle istnieje. Drugi człowiek staje się potencjalnym fanem lub spotterem na naszym profilu, czytelnikiem bloga, wyświetlaczem postów, odbiorcą autoprezentacji, sprawdzianem asertywności, przyszłym pracodawcą lub klientem. Nawet relacje rodzinne zamieniają się w potencjalny rynek zbytu, bo, jak twierdzą head-hunterzy, „wiadomo, że jakaś ciocia [niekoniecznie z Radomia] czy babcia będzie chciała kupić kosmetyki”. Po opublikowaniu artykułu o szkołach językowych odniosłam wrażenie, że niektórzy czytelnicy poczuli się dotknięci zarzutem idiotyzmu i chamstwa, podczas gdy nauka w takich placówkach daje im radość i możliwość rozwoju. Tymczasem nie to było moją intencją. Jako konsumenci mamy nieograniczone prawo wyboru i satysfakcji z tego, co wybieramy, zwłaszcza jeżeli faktycznie mamy poczucie odniesionej korzyści. Nie chcę wytykać palcami i oskarżać, bo taka postawa donikąd nie prowadzi. Szkoła językowa to tylko przykład miejsca, które mogłoby być miejscem dialogu, ale jest miejscem realizacji planu (w znacznej mierze o podłożu ekonomicznym, jak zauważył jeden z czytelników).

Podobnie w przypadku niektórych mediów, stron internetowych, organizacji – odnoszę wrażenie, że jestem tylko trybikiem w machinie, dla którego jedynym ratunkiem jest wyłączyć telewizor i zablokować reklamy. A przecież placówki edukacyjne (na różnych szczeblach), czy placówki kulturalne, są także miejscem spotkania z drugim człowiekiem, szansą utworzenia ciekawej grupy dyskusyjnej, której siłą będzie nie tylko dobra organizacja, ale indywidualizm jej uczestników.

W „Piję kawę wiosną…” ten indywidualizm przedstawiłam w sposób przerysowany i stereotypowy, żeby zwiększyć siłę przekazu artykułu, ukazać kontrast między„życiowością” codzienną i sugerowaną przez program szkół. Nie znaczy to jednak, że prywatnie postrzegam każdego Polaka jako zrzędliwego gbura – przeciwnie:uważam, że tym, co indywidualne, związane z kulturą, z której pochodzimy, warto się dzielić, na swój własny sposób.

Chodzi mi o to, żeby język był narzędziem komunikacji, ale nie jedynym celem. Kod, kontakt, kontekst i komunikat to tylko cztery elementy schematu Jakobsona, a przecież są jeszcze nadawca i odbiorca będący żywymi ludźmi oraz funkcje ekspresywna i impresywna, z których mają prawo korzystać. Dlatego w różnych formach wyrazu, ze świadomością ograniczeń formalnych, staram się szukać dialogu, niewymuszonych emocji i reakcji, jakichś śladów po człowieczeństwie, które na małą skalę jeszcze dobrze się trzymało w XX wieku (dlatego też odwołałam się do słów Miłosza). Nie chcę potępiać miłośników Walentynek i Halloween, jeżeli rzeczywiście mają takie zainteresowania. Z moich obserwacji wynika jednak, że spore grono młodych ludzi wychowanych już „prozachodnio”, zaczyna być znudzone dominacją tego kontekstu, poszukuje czegoś innego, bo – w przeciwieństwie do czasów PRL-u – Zachód przestaje być synonimem wolności.

Wolność warto odnaleźć w sobie i przekazywać w prawdziwych dialogach, właśnie tych, które będą wykraczać poza jakąkolwiek konwencję. Dlatego owszem, warto być świadomym mechanizmów funkcjonowania rynku, żeby w pełni zrozumieć swoje zadania i prawa: konsumenta, pracownika czy pracodawcy, ale czy w życiu społecznym chcemy się ograniczać tylko do tego…?Prawdopodobnie tęsknotą za dawnym, podwórkowo-herbacianym kontaktem będą przesycone różne moje artykuły, niezależnie od ich powierzchniowego tematu. Czym innym jest odrzucić „dziewiętnastowieczne nacjonalistyczne zacofanie”, poznawać świat i uczyć języków, i czym innym zrezygnować z refleksji na temat własnej tożsamości kulturowej, która (zwłaszcza dzisiaj) ma wiele ciekawych i różnorodnych elementów. Nieagresywnie wzywam do podjęcia takiej refleksji i dyskusji, dopóki całkiem nie ulegniemy urokowi globalizacji.

20.05.2015

więcej w dziale Miszmasz: