Świat obrazowy i niematerialny

Żyjemy w ciekawym świecie. Świecie, gdzie obrazek z krótkim równoważnikiem zdania mówi więcej niż najlepsza praca naukowa uznanego eksperta. Świecie, gdzie gazeta służy głównie do podpalania kominka, bo przecież szybciej i wygodniej przeczytać ją w Internecie na tablecie. Żyjemy szybko, tak szybko, że nie mamy już nawet czasu na posty na facebooku, bo tweeter jest dużo szybszy, a 140 znaków da się wystukać w kilka sekund. I w końcu w świecie, w którym produkty materialne coraz mniej znaczą, niezależnie jak dziwnie i fałszywie by to nie brzmiało. Żyjemy w świecie informacyjnym. W świecie, gdzie informacja jest najwyższą władzą i ma najwyższą cenę… 

15424616_10206840768011947_60504258_n
Ilustacja: Anna Dauenhauer

Większość z nas ma konto na Facebooku, Tweeterze, Naszej Klasie, Google+, youtube i innych serwisach społecznościowych. Przyczyn jest oczywiście wiele – na przykład komunikowanie się w grupach FB i przez messengera jest dużo szybsze (a już na pewno tańsze) niż SMSy i telefony. W ogóle internet sprawił, że dużo rzeczy wydaje się darmowe. No bo przecież przeciętny użytkownik (jakim generalnie rzecz biorąc każdy z nas jest) nie płaci za korzystanie z serwisów, które wyżej wymieniłem. Nic. Zero. Null. Prawda?

Otóż nieprawda. Każdy z „darmowych”serwisów przy odrobinie złej woli możnaby nazwać serwisem szpiegowskim, któremu sami z lubością oddajemy własne dane! A w przypadku braku złej woli – facebook to po prostu potężne narzędzie statystyczne, dysponujące daleko bardziej reprezentatywną próbą społeczeństwa, niż najbardziej nawet skrupulatna i uznana pracownia sondażowa. Na podstawie naszych „lajków”, udostępnień i stron, które obserwujemy, serwis tworzy nasz „profil konsumenta”, czyli taką tabelkę z upodobaniami, potrzebami i zainteresowaniami. Które potem zestawia w duże paczki np: „Polacy” i sprzedaje zainteresowanym takimi informacjami firmom.

To swoją drogą piękny kruczek prawny – gdyby ktokolwiek bez mojej wiedzy udostępnił komuś taką „tabelkę konsumenta” z moimi danymi, byłoby to przestępstwo. W przypadku gdy przesyła się ich dużą ilość, tę „dużą paczkę”, o której wspomniałem, nie jest to zakazane. A więc jest dozwolone. I na tej zasadzie działa biznes jakim jest facebook. I inne tego typu portale. Ciekawa sprawa, no nie?

To szalenie ciekawy temat, wart wielu opracowań naukowych i niejednego, zapewne, doktoratu. Ale raczej nie mojego – ja chciałem jedynie pokazać jak niesamowitą moc (i do tego w dużej mierze nieuświadomioną!) ma czysta informacja, tak z pozoru błaha, jak ta, że lubię oglądać małe kotki i pieski w Internecie.

Innym ciekawym aspektem naszego społeczeństwa internetowego jest to, jak narzędzia (typu opisywany wyżej facebook), wpływają na nasze funkcjonowanie. I na to jak zmieniły działanie naszych mózgów…

Z każdym miesiącem i rokiem proporcjonalnie, wraz ze wzrostem dostępności Internetu, spada ilość czytanych „papierowych” gazet. Zamiast książek papierowych mamy wygodne kindle i czytniki. No bo przecież komu chciałoby się dźwigać kilka grubych książek w torbie, w momencie gdy na czytniku można mieć całą bibliotekę narodową, a waży kilkaset gramów.

Ale to szczegół. Tak naprawdę problemem jest to, że czytanie w ogóle zanika. Nie mamy chęci na artykuły dłuższe niż pół strony (a i te bywają długawe). W ogóle nie lubimy tekstu. Dlatego popularność zdobywają takie formy przekazu informacji jak np. memy czy vlogi. Lwia część Polaków (ale nie tylko – to trend ogólnoświatowy), nie przeczytała w minionym roku właściwie nic ponad to, co absolutnie musieli.

I 24968735 postów na facebooku i twitterze. Bo da się je przeczytać w sekundę, bo są krótkie i treściwe. Bo nie skupiają uwagi.

A większość i tak czyta je, zainteresowana jedynie przez ciekawego/śmiesznego mema czy obrazek, który jest pod nie podpięty. Co widać wyraźnie po stale rosnącej popularności serwisów typu Kwejk, Demotywatory czy SokzBuraka które opierają się właściwie JEDYNIE na przekazie obrazkowym. I świętują niewiarygodne ilości wyświetleń – czyli internetowego wskaźnika sukcesu.

Kiedyś czytało się wywiady. Dziś ogląda się „auto-wywiady” czyli vlogi. A właściwie słucha. Bo tak łatwiej. A i głos żywego człowieka wraz z jego mimiką i mową ciała jest dużo bardziej przekonujący, niż suche literki na takim czy innym papierze – i trudno się z tym nie zgodzić.

Ale z drugiej strony dostępność środków komunikacji sprawiła coś, czego nikt się nie spodziewał – dezawuowanie autorytetów. W dzisiejszych czasach tytuł i dorobek naukowy tak naprawdę nic nie znaczy w opinii publicznej. Każdy z nas ma taką samą siłę przebicia i docieralność do ludzi, jak ekspert i specjalista. Setki i tysiące niemądrych, głupich lub wręcz zmanipulowanych treści codziennie bombarduje nasze mózgi poprzez wszelkie media – co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe – a w każdym razie znacząco ograniczone.

I niestety, potężna dawka takich „pseudonaukowych opinii” robi swoją robotę. Bardzo złą. Bo skąd niewinny odbiorca ma wiedzieć, która opinia ma jakiekolwiek oparcie w wiedzy i faktach? A która jest w zasadzie nic niewarta? Otóż zasadniczo nie jest w stanie. I dlatego na świecie dzieją się dziś z opinią publiczną różne, dziwne rzeczy, a dziwne poglądy i wyssane z palca  „fakty” mają się lepiej niż zabobony w średniowieczu.

Świat zmienia się coraz bardziej. Coraz bardziej informatyzuje. Wieczór z książką i herbatą przy kominku, w fotelu, wydaje się jedynie romantycznym bajaniem ludzi, którzy nie potrafią dostosować się do nowych, pędzących do przodu czasów. Nie wiemy dokąd zmierzamy. Ale boję się, gdzie kultura obrazkowa i bezideowa papka Internetu nas doprowadzi.

Raczej nie będzie to przyjemne miejsce…

13.12.2016 r.

więcej w dziale Miszmasz: