Tak złe, że aż dobre – „Troll 2″

Witam Was serdecznie w nowym cyklu na Stronie Tytułowej. Jak można wywnioskować po jego nazwie, skupiał się będzie on na złym kinie. Jednak z tym złym kinem różnie bywa. Pojawiają się bowiem filmy, które są całkowicie złe i ich oglądanie po prostu męczy. O tych filmach nie mam zamiaru tutaj pisać. Istnieje jednak jeszcze typ filmów, które są złe i wiemy o tym, że są złe, a jednak ich oglądanie sprawia nam pewnego rodzaju frajdę i perwersyjną przyjemność. Są to filmy tak złe, że aż dobre i stąd właśnie nazwa tego cyklu.W pierwszym odcinku zajmę się tworem wręcz legendarnym i uznawanym za najgorszy film w historii. Doczekał się nawet poświęconego sobie dokumentu zatytułowanego „Najlepszy gniot świata”. Żeby nie przedłużać: Panie i Panowie, przed Wami „Troll 2”. Uczciwie uprzedzam, że tekst może zawierać spoilery.

troll
Ilustacja: Karolina Bruzda

To niewątpliwe arcydzieło powstało w 1990 roku, a odpowiedzialny za nie jest Claudio Fragasso, który ten film wyreżyserował i był również współautorem scenariusza. Fabuła jest stosunkowo prosta. Główni bohaterowie tej opowieści, czyli rodzinka Waitsów, wyjeżdżają na miesięczne wakacje do miasteczka Nilbog (cóż za subtelny anagram, no ale nie uprzedzajmy faktów). Klasyczny model 2+2, czyli ojciec, matka, córka – Holly i syn, jak się okazuje później najważniejsza postać – Joshua. Chłopiec ma pewien problem, a mianowicie widzi ducha swojego nieżyjącego dziadka, który opowiada mu historię o goblinach, przemieniających ludzi w rośliny, a później ich zjadających! Serio, ten film to naprawdę opowieść o czymś takim! Dalszego rozwoju wypadków nie trudno się domyślić, miasteczko Nilbog okazuje się siedzibą goblinów i tak dalej, aż do finału.

Co jednak najbardziej „zachwyca” w tym filmie? Po pierwsze aktorstwo. Właściwie ciężko mówić o jakimkolwiek aktorstwie, skoro w filmie występują amatorzy. Najlepiej wypadają: ojciec, grany przez George’a Hardy’ego i absolutnie przeszarżowana i „przesadzona” Deborah Reed wcielająca się w postać Creedence Leonore Gielgud – czarownicy i zarazem przywódczyni goblinów. Jej kreacja ma w sobie coś z Heleny Bonham Carter. Z drugiej strony mamy odtwórcę roli Joshuy, który jest niestety niesamowicie „drewniany”. Jednak palmę pierwszeństwa i nirwanę złego aktorstwa (copyright by Doug Walker) osiąga Darren Ewing, który „gra” Arnolda – kolegę chłopaka Holly. Do legendy przeszła jedna ze scen z jego udziałem, którą możecie zobaczyć w poniższym fragmencie:

Kolejną kwestią jest charakteryzacja goblinów. Jak możecie zauważyć w zamieszczonym fragmencie, ogranicza się ona niemal wyłącznie do gumowych masek, najprawdopodobniej kupionych na jakimś wiejskim odpuście i do tego rękawiczek imitujących goblinowe łapy. Wygląda to niestety fatalnie. Osobiście jestem zwolennikiem tradycyjnych efektów specjalnych i przedkładam je ponad te komputerowe, ale niestety charakteryzacja w „Trollu 2” leży kompletnie.

Odrobinę lepiej jest z pozostałymi efektami specjalnymi i scenografią. Tutaj muszę przyznać, że naprawdę trzymają one całkiem niezły poziom (oczywiście jak na kino klasy Z). Szału nie ma, ale nie powinno to pokaleczyć naszego poczucia estetyki.

Co jednak jest w tym wszystkim najzabawniejsze, to fakt, że w tym filmie nie ma ani pół trolla. Naprawdę! Są gobliny, jest czarownica, są ludzie zamienieni w rośliny (by być bardziej precyzyjnym to pół ludzie-pół rośliny). Czyżbyśmy zatem po prostu zostali przez ten tytuł strollowani? W pewien sposób na pewno, bo film chciał się” podpiąć” pod popularność innego „arcydzieła” o tytule „Troll”, jednak zapomniano o tym, żeby w związku z tytułem umieścić chociaż pół trolla. W sumie naszła mnie teraz refleksja, czy aby określenie „trollować” nie wywodzi się właśnie od omawianego przeze mnie filmu?

Jednak najważniejsze pytanie, w kontekście całości brzmi: Czy warto go obejrzeć? Moja odpowiedź brzmi: tak! Po pierwsze dlatego, że warto samemu się przekonać cóż to za dzieło uznawane jest za najgorszy film w historii (w niektórych rankingach wyprzedzający nawet osławiony i legendarny „Plan 9 z kosmosu” Eda Wooda). Po drugie, to naprawdę ciekawa opowieść, z całkiem nieźle zarysowaną „mitologią”, która pomimo pewnych nielogiczności trzyma klimat i widać w niej silną inspirację szeroko pojętym włoskim horrorem (film choć kręcony w USA posiada wszakże reżysera właśnie z Italii, i to widać). Gatunek tej produkcji określany jest jako fantasy/horror i zdecydowanie więcej jest tego pierwszego. Mnie nasuwa też skojarzenia z najbardziej klasyczną, acz dość mroczną, baśnią. Specjalnie na potrzeby tego artykułu odświeżyłem sobie „Trolla 2” i muszę przyznać, że bawiłem się równie dobrze jak za pierwszym razem. Co prawda trzeba lubić takie filmy, ale jeśli podobnie jak ja jesteście koneserami filmowej tandety to polecam zapoznać się z dziełem Claudio Fragasso.

30.07.2014

I to tyle w pierwszym odcinku „Tak złe, że aż dobre”. Jeżeli macie jakieś sugestie – piszcie w komentarzach. Jeżeli jest jakiś zły film, o którym chcielibyście przeczytać, także dawajcie znać.

więcej w dziale Ekran: