Tekken

Pierwszy z nich jest specjalistą od złych filmów. Wie o nich wszystko. Potrafi wykorzystać ich najsłabsze punkty w taki sposób, by czerpać radość z oglądania chłamu. Drugi jest fanatykiem gier. Wytarte łożyska w gajgach i przegrzewające się konsole to jego chleb powszedni. Przybyli na Ziemię, by rozprawić się z wspólnym wrogiem – egranizacjami. Ramię w ramię na Stronie Tytułowej propagować będą te tytuły, które swoją jakością uzasadniają tworzenie filmów na podstawie gier i masakrować produkcje słabe. Tych ostatnich jest niestety więcej. O wiele więcej.

12092756_1019171418113947_1220412269_n

 KACPER: Na pierwszy ogień w naszym wspólnym (i mam nadzieję – cyklicznym) projekcie poszedł „Tekken”. Początkowo pomysł był taki – ja bronię egranizacji, Serge je masakruje. Po obejrzeniu tego potworka zdecydowałem, że zakładamy własną LIGĘ SPRAWIEDLIWYCH i chronimy świat przed filmami, które na celu mają jedynie odpompowanie gotówki z wątłych portfeli fanów gry. A uwierzcie mi, 90 procent tego filmu jest tak złe… aż nie wiem, od czego zacząć. Serge?

SERGIUSZ:  Myślę, że przede wszystkim warto zwrócić uwagę na to, jak niewiele ten film ma wspólnego z materiałem źródłowym, w szczególności w kwestii fabularnej. Jasne, pojawiają się postaci z gry, nawet spora część z nich jest podobna do oryginałów, ale cóż z tego, skoro fabularnie zaserwowano nam jakieś oderwane od realiów gry „kocopoły”? Nie wiem, jak dobrze znana Ci jest fabuła serii „Tekken” od Namco, ale uwierz, że pomimo całej masy absurdów i tak jest lepsza od tego, co zaserwowali nam filmowcy. Moim ulubionym motywem jest, uwaga, uwaga, państwo o nazwie Tekken, w którym władzę sprawuje organizacja o nazwie Tekken, ale, wbrew nazewnictwu pojawiającemu się w grze, turniej już się nie nazywa Tekken, a tylko Iron Fist (nawet nie, zgodnie z grą – „The King of Iron Fist Tournament”). I w ogóle świat, w którym osadzona jest akcja, wygląda jak tania podróba cyberpunkowo-postapokaliptycznych klimatów. Rozpisałem się, a to dopiero wierzchołek góry lodowej.

KACPER: Decyzja o oderwaniu się od źródeł i skupienie tylko na kilku postaciach i motywach miałaby sens, gdyby: a) tekst źródłowy był pełen luk i przez to niemożliwy do przeniesienia na ekran; b) film tworzył nową, ale sensowną i PODOBNĄ KLIMATEM do źródła historię. Tylko że tutaj jest odwrotnie. Namco z tego, co wiem, zaserwowało graczom głupią, bo głupią, ale logiczną w obrębie własnej struktury opowieść, a filmowcy stworzyli całkiem nowe uniwersum, tylko że dziurawe jak oponenci Rambo. Światem rządzą korporacje, nie ma państw w naszym rozumieniu, te korporacje robią jakiś turniej, ktoś tam mówi, że to walka o władzę nad światem, ale w sumie nie wiadomo czemu, jakiś gość z ulicy na ten turniej się dostaje… a to tylko jeden z wątków. Uwierzcie mi – każdy inny jest równie bzdurny. Filmowi zdarza się zapominać, co mówił chwilę wcześniej i często przeczy sam sobie. Sam zbierałem szczękę, kiedy w jednej scenie typ 1 celuje do typa 2 z pistoletu, zaś w drugiej cały hangar… wylatuje w powietrze… o tak. Bo czemu nie? Scenariusz wydaje się być pisanym przez kilka różnych osób. A już sama konstrukcja bohaterów… Sergiuszu, przejmij pałeczkę, bo mi pomidorowa bulgocze na gazie (tak naprawdę boli mnie przypominanie sobie, że straciłem na ten film 1 h 40 min)

SERGIUSZ: No nie jest za wesoło, to prawda. Ten film jest po prostu zły i nie jest to ta kategoria filmowego badziewia, która jest tak zła, że aż dobra, o nie! Mnie, jako miłośnika serii „Tekken”, przeokrutnie boli fakt, jak bardzo spaprano postaci. Z jednej strony design jest w porządku, niektórzy nawet bardzo mocno przypominają growe odpowiedniki. Ale z drugiej, co z tego, że dane postaci wyglądają tak jak w grze, skoro nie walczą tak jak w niej? Główny bohater poza imieniem i strojem nie ma za wiele wspólnego z Jinem Kazamą  z gry. Nie mówiąc o tym, że w przypadku niektórych bohaterów pozmieniano style walki, których używają. Pojawia się pytanie: po co? Jeśli idę na film na podstawie serii mordobić, to dlatego, że chcę zobaczyć znane mi z gry ciosy. Wiedzieli o tym twórcy „Mortal Kombat”, w którym możemy zobaczyć zamrażanie Sub-Zero czy „sznurowadło” Scorpiona. Odnoszę wrażenie, że twórcy „Tekkena” nie odrobili pracy domowej, powrzucali całkowicie losowych bohaterów do filmu, zrobili im relatywnie podobne kostiumy i zaczęli myśleć o tej górze dolarów wędrujących na ich konta. Na szczęście ludzie nie dali się oszukać i film został zmasakrowany z góry na dół, i to nie tylko przez miłośników gry. Problem jest taki, że tutaj nawet sekwencje walk nie są dobrze nakręcone! Muszę się zgodzić, czas poświęcony na oglądanie tej abominacji mogłem poświęcić na coś zupełnie innego. Oddaje Ci głos, Kacprze, bo muszę ochłonąć…

KACPER: No właśnie – czepiać można się wielu rzeczy, ale tym, czego wybaczyć nie wolno, jest zmarnowanie potężnego potencjału drzemiącego w marce. Tego typu „skoki na kasę” nie tylko rozleniwiają twórców i spychają gry na kulturowy śmietnik, przedstawiając je jako rozrywkę dla niewymagających idiotów – ale przede wszystkim dzieła takie jak „Tekken” uderzają w coś, co dla wielu jest świętością, depczą profanum. Gry zawsze były otaczane przez nasze pokolenie swoistym kultem. „Mortal Kombat”, „Street Fighter” czy „Tekken” właśnie nieodłącznie wiążą się z wspomnieniami młodości, a nostalgia jest czymś, na czym nie można żerować. Wystarczyło, jak pisze Serge, dać nam kilka ciosów. Wystarczyło wprowadzić kilka mrugnięć, uderzyć w czułą strunę. Wystarczyło nie robić nic – nie zmieniać, nie kombinować, nie pompować patosem. Dać nam to, czego oczekujemy. To nie musiał być wybitny film. Miał być dla nas. Po prostu. Konwencja turniejowa w kinie przecież sprawdza się dobrze w kinie. Patrzcie na „Krwawy sport” z Van Dammem, na „Mortal Kombat”, na serial „Spartacus – nie są to pozycje wybitne, a jednak każda z nich ma grono oddanych fanów. Wystarczyło stworzyć film o sztukach walki dla fanów sztuk walki. Po co ta cała historia o matce, o państwach-korporacjach, o wybranym przez lud? Nie po to gram w mordoklepki, nie tego szukam. Największym problemem „Tekkena” jest to, że to „Tekken”. Ja jeszcze pal licho, zawsze wolałem inne tytuły, jestem posiadaczem konsoli od niedawna, a w owe „Tekkeny” grywałem, kiedy już leżały między półką „staro” a „retro”. Mnie tam aż tak to nie ubodło (choć oburzenie i święty gniew są!), ale już takiego Sergiusza, którego gamingowa historia to historia pisana między innymi przez kolejne generacje konsoli od Sony…

SERGIUSZ:  No właśnie, utrafiłeś w sedno. Właściwie dla „Tekkena 2” kupiłem pierwszą konsolę, więc można powiedzieć, że marka ta ma dla mnie ogromną wartość sentymentalną. I fakt, dziś już nie grywam w mordobicia tak namiętnie jak kiedyś (choć kanapowy multiplayer zawsze chętnie), ale „Tekken” jest dla mnie grą kultową. I nagle przychodzą „twórcy filmowi” i rzucają mi w twarz czymś takim jak ten film. To nawet nie jest oburzenie, a czysty smutek z powodu zaprzepaszczonego potencjału. Japończycy w 1997 roku (jak mnie pamięć nie myli) zrobili anime oparte o tę grę i było ono milion razy lepsze niż to, co zaprezentowali nam amerykańscy filmowcy w 2010 roku. Może to kwestia tego, że Amerykanie wciąż nie do końca rozumieją japońską kulturę, którą „Tekken” w dużej mierze jest przesiąknięty? Bądź co bądź, nie jest to dobry film i w żaden sposób nie oddaje ducha konsolowego oryginału. Zamiast tego mamy do czynienia z niskobudżetowym kinem kopanym klasy B, które na domiar złego miast sprawiać frajdę, jedynie frustruje i nudzi. Myślę zatem, że wspólnie, z całkowitym przekonaniem, możemy produkt filmopodobny zatytułowany „Tekken” absolutnie odradzić zarówno widzom nie związanym z kinem na podstawie gier, jak i miłośnikom egranizacji. My straciliśmy czas, oglądając to „coś”, Wy tego nie róbcie!  Masz jeszcze coś do dodania?

KACPER: Chyba tylko tyle, że przykro mi z powodu tego filmu – człowiek walczy w jakiś tam sposób ze stereotypowym myśleniem odnośnie do gier, tłumaczy, że nie są one odpowiedzialne za wszystkie szkolne masakry, że przemoc i seks w ich wypadku często coś obrazuje, że są też nośnikiem dorosłych, sensownych treści i nagle ktoś, kto tego słucha, widzi film typu „Tekken”. Tego typu produkcje spychają to ciekawe, wciąż szukające i ewoluujące medium na kulturowe śmietnisko. Jak ktoś, kto gier nie zna i widzi taką egranizacje w TV (bo jednak nie trzeba być fanem rozrywki video, żeby nazwę kojarzyć), ma zacząć poważnie traktować granie i graczy?

Czas, jak w każdym dobrym filmie o superbohaterach, wygłosić coś epickiego.

„Powstaliśmy, żeby chronić ludzi przed takimi potworami jak ty, TEKKENIE! Długo się przed nami ukrywałeś, zacierałeś szlaki i chowałeś się w kulturowych ściekach. Ale w końcu Cię dopadliśmy. Chcę, żeby usłyszał to każdy zły film na tej planecie – NIE DACIE RADY SIE PRZED NAMI UKRYĆ! KAŻDE WĄTPLIWE DZIEŁO NA PODSTAWIE GRY VIDEO ZNAJDZIEMY, ROZŁOŻYMY NA CZĘŚCI PIERWSZE I ZNISZCZYMY.”

Do następnego. My póki co odlatujemy ratować świat każdy na swój sposób, ale bez obaw – niedługo znów połączymy siły i staniemy do wspólnej walki!

7.10.2015

więcej w dziale Miszmasz: