Tęskniliście?

Jeżeli recenzent pierwszego odcinka czwartej serii Sherlocka mógł się czuć jak skrzypek na dachu, to recenzentowi trzeciego bliżej już do żonglera granatami na polu minowym. Albo syrenki Ariel próbującej przypomnieć się Erykowi bez głosu. Albo kogoś, kto wie wszystko, poza tym, jak to przekazać. Zamiast więc przekazywać chyba lepiej przekonać do pójścia za sobą w to, co niektóre Kasandry nazywają końcem, dwóch scenarzystów początkiem, a zatytułowane jest po prostu Ostatnia Zagadka.

sherlock-the-final-problem
Źródło: http://metro.co.uk/2017/01/15/heres-what-the-cast-and-crew-had-to-say-about-sherlock-series-4-finale-the-final-problem-6381837/

Tytuł wart uwagi z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, jest jedynym, który zamiast grą tytułem doyleowskiego opowiadania jest dokładnie nim. To właśnie w Ostatniej Zagadce doszło do – tymczasowo – ostatecznej konfrontacji Sherlocka Holmesa z profesorem Moriartym. Bezpośrednio prowadzi to do drugiego interesującego aspektu – ta historia została już przecież przedstawiona w Upadku z Reichenbach. Czy więc ten odcinek to tylko powtórka z rozrywki? Powtórzenie tego samego motywu? I tak, i nie. Lawirując pomiędzy spoilerami mogę powiedzieć, że epizod Ostatnia Zagadka dzieli z opowiadaniem więcej niż tylko tytuł, ale na pewno nie jest jego adaptacją. A właściwie jest. Nie, nie jest. Jest. Na pewno nie tylko tego jednego. Chociaż w sumie…

Całkiem szczerze jednak, o fabule mogę powiedzieć tylko dwie rzeczy, z których jedna to odwołania do wykorzystanych motywów, a druga to to, że jeżeli Sześć Popiersi Thatcher było o Holmesie i Watsonach, to Ostatnia Zagadka jest o Holmesach i Watsonie. Kolejność wybrana alfabetycznie. Jeżeli natomiast chodzi o wykorzystane opowiadania, to podam tylko tytuły, bo cokolwiek więcej byłoby złamaniem tabu miesięcznego co najemnej milczenia recenzentów. Po sesji, odczuwając potrzebę odreagowania tortur psychicznych za pomocą zdrowej rozrywki morderstw i innych mrocznych przestępstw, należy więc przede wszystkim sięgnąć po Rytuał Musgrave’ów, Nakrapianą Przepaskę, Trzech Garridebów i, o ile nie szukam Iluminatów w żarówce, Zniknięcie Lady Frances Carfax. Mrugam też znacząco, że wartym uwagi jest coś o inicjałach G. S., ale ode mnie tego nie wiecie.

W sumie to jeżeli jest jedna rzecz, do której powinien zachęcić cały ten serial, to jest nim odkrycie, że opowiadania o Holmesie nie są tylko kulturową abstrakcją z przełomu wieków, tylko ciekawą i wartą czytania rozrywką.

Ocenianie wykonania wydaje mi się zawsze nieco problematyczne w przypadku serialu, jednak w tym konkretnym przypadku warto poświęcić mu nieco więcej uwagi niż zwykle. O ile bowiem Benedict Cumberbatch i Martin Freeman prezentują się tu tak, jak we wszystkich wcześniejszych finałach sezonów – czyli świetnie – to na uwagę zasługuje jeszcze co najmniej czwórka innych aktorów. Przede wszystkim Mycorft Holmes (mruga znacząco, że tego nie mówi) odgrywa tutaj większą rolę niż zwykle, co pozwala na wyjątkowy popis Marka Gatissa. Po drugie (również wcale tego nie mówię), swoje kolejnych pięć minut ma Louise Brealey jako Molly Hooper. Trzeba to też powiedzieć, ten odcinek mógłby nie być tym, czym jest, gdyby jej całe prowadzenie tej jedynej niekanonicznej znaczącej postaci. Z pozostałą dwójką jest większy problem – w pierwszym przypadku wolałabym nie wymieniać imienia postaci, w drugim boję się nawet podać imienia aktora (lub aktorki, ja nic nie sugeruję). Sian Brooke, którą fani Sherlocka znają z roli Ofelii w niedawnej adaptacji Hamleta z Cumberbatchem, wciela się tu w nowy poziom czystego intelektu. Jest to rola, co do której nie zdziwiłabym się, gdyby dołączyła do szerszego kanonu absolutnie genialnych psychopatów, tak lubianych w przemyśle rozrywkowym. Jung stwierdził kiedyś, że intelekt ma diabelski charakter. Z drugiej strony, Trzeci Doktor powiedział kiedyś, że wielki umysł i bezmyślne zło rzadko idą w parze. I wreszcie ta ostatnia postać. Cóż mam powiedzieć, ci, którzy serial znają już doskonale wiedzą, o kogo chodzi i wiedzą, dlaczego milczę przeskakując z nogi na nogę. Tym, którzy wcześniejszych odcinków nie znają i tak radzę nie sięgać do Ostatniej Zagadki bez uzupełnienia tego braku, a do tego czasu też zrozumieją, skąd to owijanie w bawełnę. I tak, jest świetny.

Aktorzy to jednak tylko jeden z elementów, które tworzą wykonanie. Jeżeli nawet Sherlock nie wszystkich zawsze satysfakcjonował fabułami, to trudno było pozostać zupełnie obojętnym na scenografie Arwela Wyna Jonesa i tego, nad czym refleksją chciałabym zakończyć tą recenzję – muzyką, która w tym odcinku odgrywa wyjątkową rolę. W całym serialu można wymienić jej trzy rodzaje. Na pewno wartym uwagi jest to, jak wykorzystywano w nim utwory już istniejące – Stayin’ Alive Bee Geesów, uwertura do Sroki Złodziejki Gioacchino Rossiniego oraz Sinnerman Niny Simone to przykłady z jednego tylko Upadku z Reichenbach i żadne z nich po jego obejrzeniu nie będzie już takie samo. Jest też oczywiście ścieżka dźwiękowa autorstwa Davida Arnolda i Michaela Price’a z motywem The Game is On na czele. Jednak oprócz tej „zwykłej” muzyki ilustracyjnej, serial o kimś, kto sam gra na skrzypach i komponuje pozwala umieszczać też utwory, które sam napisał. Od drugiej serii każda zawierała po jednym takim motywie, zwykle napisanym przez Sherlocka ze względu na jakąś inną postać. Pierwszym było Irene’s Theme, powstałe jako produkt uboczny rozwiązywania zagadki Kobiety. Drugim, walc, który detektyw napisał z okazji ślubu Johna i Mary Watsonów – nazwane po prostu Waltz for John and Mary. Miałam więc nadzieję, że również ta seria da taki utwór, a jego brak w dwóch pierwszych odcinkach tym bardziej zwiększał moje oczekiwania wobec tego. Nie zawiodłam się. Who You Really Are jest utworem, którego warto posłuchać dla niego samego. Jest to też najlepszy sposób, w jaki mogę zarekomendować Ostatnią Zagadkę.

więcej w dziale Ekran: