„Traktujemy modę (…) jako fragment działalności artystycznej najpowszechniej dostępnej”, czyli o co chodzi w modzie PRL-u? To nie są moje wielbłądy. O modzie PRL Aleksandry Boćkowskiej.

Warto poczytać o tych dawnych czasach, warto je sobie przypomnieć. Warto także dlatego, że Boćkowska pisze o PRL-u z zupełnie nowej, nie poruszanej dotąd perspektywy. To opowieść o tym, że Prawdziwa Sztuka nigdy się nie poddaje i zawsze odnosi sukces!

bockowska

Rośnie rozpiętość między tym, czego klienci oczekują, a tym, co się im oferuje. (…) Rynek nie oczekuje już od przemysłu byle jakiej okryj-bidy, ale towarów dobrych, modnych, użytkowych.[1]

Nie przypadkowo cytat ten znalazł się już na samym początku mojej wypowiedzi na temat nowego tytułu Aleksandry Boćkowskiej. Uważam bowiem, iż najlepiej podsumowuje on to, co działo się z polską modą w okresie komuny. Cóż bowiem z tego, iż mieliśmy wspaniałych projektantów, niezłe pomysły, kontakty z Paryżem (który był, i wciąż pozostaje stolicą światowej mody i wyznacznikiem, co należy nosić), magazyny, które prezentowały paryską modę; cóż z tego, jeśli przeciętny zjadacz chleba nie miał o tym pojęcia? Najlepsze projekty były produkowane w jednym tylko egzemplarzu dla projektantki/projektanta, „bo się nie sprzeda”. Kto mieszkał w stolicy lub większym mieście, gdzie nie do pomyślenia, by wyjść z domu w byle czym ”miał kilka możliwości: jeśli miał pojęcie o szyciu, mógł sam przerabiać ciuchy, jeśli nie miał – mógł wybrać się do krawca (częściej krawcowej), który potrafił wyczarować cudo ze strzępka niemodnej tkaniny[2].

Jeśli ktoś chciał się dobrze ubrać, obowiązkowo musiał regularnie chadzać na „ciuchy” – gdzie sprzedawano używane ubrania, prosto z USA.

W czwartki były dostawy, więc wybierałyśmy się z koleżankami. Najwięcej kupowałam butów, bo to był rarytas. (…) W soboty chodziło się w ramach rytuału towarzyskiego[3],

jak wspomina Małgorzata Krzeszowska (jedna z modelek Mody Polskiej). Z kolei dziennikarz, Jerzy Iwaszkiewicz wypowiada się na ten temat w taki sposób:

oczywiście, że chodziłem! Na Skaryszewską, a potem jeździłem do Rembertowa, gdzie przeniesiono „ciuchy” w latach siedemdziesiątych. To wyglądało jak bajka! Ubrania leżały w stertach, lepsze marki wisiały na wieszakach, ale wybierało się ze stert, bo tam były ciekawsze. Kucało się więc przy tych stertach, a na niskim stołku siedziała duża baba i obserwowała. One były cudowne, te baby. Potrafiły spojrzeniem załatwić klienta, wiedziały, kto chce coś kupić, a kto tylko popisuje się (…). Moda w tamtych czasach stała się rodzajem legitymacji partyjnej. Było jasne, że jeśli ktoś nosi bluzy amerykańskiej piechoty morskiej, to nie należy do PZPR[4].

Zatem można wyciągnąć wnioski, iż na „ciuchach” spotykała się elita ludzi raczej niechętnych władzy. Zresztą, na górze dostrzeżono niebezpieczeństwo i próbowano podjąć odpowiednie środki, by zniechęcić ludzi do chodzenia w takie miejsca. Pojawiły się w gazetach artykuły mające je obrzydzić– a że to ścisk, brudno, rzeczy taplają się w błocie, a to że baby nieuprzejme, a w ogóle to dziennikarka znalazła tam skarpety z MHD, więc jakie to amerykańskie – oszukane. W dodatku młoda dziewczyna z oczami jak talarki, zapytana, czemu przychodzi wybierać tu ubrania odpowiada z oburzeniem „Bo to amerykańskie!!!” i żadnego więcej argumentu. Z tego wszystkiego ma płynąć wniosek, że jedyną zaletą ubrań oferowanych na ciuchach jest ich „amerykańskość”. Zatem lojalny i uczciwy obywatel powinien kupować polskie ubrania (oczywiście te produkowane seryjnie), bo nie ma żadnej istotnej różnicy. Zresztą, po co komu moda wzorowana na przegniłym, kapitalistycznym zachodzie! Oczywiście, to wszystko duby smalone; klasyczny przykład peerelowskiej propagandy. Tyle o „ciuchach”.

Jeśli idzie o wzornictwo PRL, w pamięci masowej zapisały się dwa ośrodki mody: Moda Polska pod patronatem Jadwigi Grabowskiej oraz Hoffland Barbary Hoff.

Pierwszy butik Grabowska otworzyła już w 1945 roku, uważając, iż to najlepszy krok, aby przeprowadzić terapię kobiecości:

Zaraz po wyzwoleniu wszyscy moi krewni i znajomi odbudowywali zniszczona stolicę. Ja natomiast postanowiłam odbudować polską kobietę. Gdy skończyła się wojna, Polki pragnęły jak najszybciej o niej zapomnieć. Chciały znów ładnie wyglądać.[5]

Grabowska starannie wybierała modelki do pokazów swoich kolekcji, powtarzała, iż muszą być z „dobrego gniazda” – obyte, wykształcone (przynajmniej matura – co w tamtych czasach już było wyczynem), prezentujące dość wysoki poziom intelektualny. Jak zauważa Boćkowska, to właśnie wykształcenie i/lub klasa łączyły osoby, które zajęły się modą i kształtowaniem gustu we wczesnej Polsce Ludowej[6]. Dlatego też Moda Polska nie ubierała przeciętnego zjadacza chleba, te ubrania były dla niego po prostu niedostępne. O ich szyku mogą świadczyć anegdoty o tym, jak to modne panie w Paryżu wypytywały, z którego butiku takie cudo, a chodziło o sukienkę z Mody Polskiej właśnie.

Jeśli chodzi o sesje zdjęciowe, sprawa wyglądała nie najlepiej. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż to, co możemy dziś zobaczyć choćby w popularnym show Top Model. Wszystko było bardziej „chałupnicze”. Modelki musiały same zadbać o makijaż. Sprzęt fotograficzny również nie był najwyższej próby. Efekt, jaki udawało się uzyskać, był w głównej mierze zasługą wybitnych zdolności fotografów, stylu modelek, ale też samej wizji, konceptu. Poza tym, niczego nie było na wyciągnięcie ręki. Wszystko należało wystać, wybłagać albo i wymusić (czytaj: prosić/ zawracać głowę tak długo, by dany urzędnik wreszcie się zgodził, choćby po to, by pozbyć się wreszcie natręta).Nie chciano w PRL-u wielkiej mody, trzeba to jasno stwierdzić. Łódzka ASP, jedyne miejsce, gdzie prowadzony był wówczas wydział wzornictwa tkanin, długo musiała walczyć o przetrwanie. W zakładach produkujących tkaniny projektantów traktowano na zasadzie „fiubździu plastycy” – nie jako profesjonalistów, lecz jako szaleńców, którzy proponują zbyt odważne pomysły. Oczywiście należy je odrzucić – bo to nie nadaje się dla mas w homogenicznym PRL-u.

Miałbym wyrzuty sumienia, gdybym na zakończenie nie wspomniał o magazynie „Ty i ja”, który za jeden z celów postawił sobie promocję mody (inne ówczesne pisma odpowiadają na ogólne pytanie „jak się zorganizować w życiu”; podejmowane tam tematy to spędzanie czasu, dobra lektura, ubrania, podróże etc[7].). Czasopismo ukazywało się od 1960 do 1973 roku. Już okładka pierwszego numeru zapowiadała, iż „Ty i ja” ma aspiracje do przedstawiania o najnowszych trendów współczesnego wzornictwa – pojawił się na niej rysunek, w którym główną rolę grał sławny fotel RM58 projektu Romana Modzelewskiego, wykonany z laminatu, na cienkich nóżkach, drogi i designerski, nigdy nie produkowany seryjnie.[8] Dyrektorem artystycznym, odpowiedzialnym za tę i inne ilustracje, był Roman Cieślewicz, u Boćkowskiej określany jako człowiek obdarzony absolutnym słuchem plastycznym[9]. Czytając magazyn, dało się odczuć nić niechęci do socjalizmu, stąd magazyn trafił na peerelowską „czarną listę”. Teresa Kuczyńska, odpowiedzialna za dział mody w „Ty i ja” modę uważała za istotną część kultury estetycznej, nie zaś zbiór wskazówek „co wciągać na grzbiet, żeby jako-tako wyglądać” (dla porównania: Barbara Hoff w „Przekroju” dawała rozmaite rady, jak przerabiać ubrania; jak zrobić coś z niczego, co oczywiście również było cenne). „Ty i ja” dbało o to, by polski czytelnik wiedział, co dzieje się w światowej modzie. Kiedy w świecie trwa moda na op-art, w magazynie pojawia się okładka w tym stylu[10]. Magazyn czytało sporo osób – choć nakład nie był olbrzymi, zakupione egzemplarze krążyły z rąk do rąk, co wpływało na zwiększanie zasięgu pisma. Nie wszystkim podoba się takie podejście, niektórzy czytelnicy skarżą się na niedostatek mody praktycznej w czasopiśmie, na co Kuczyńska odpowiada zdecydowanie:

Traktujemy modę nie tylko jako konieczność przyobleczenia grzesznego ciała przed wzrokiem bliźnich, a także przed chłodem, ale jako sztukę, jako fragment działalności artystycznej najpowszechniej dostępnej. Podobnie jak sztuki plastyczne, architektura – moda zmienia dziś wygląd świata, podciągając go w dziedzinie estetycznej, co w efekcie sprzyja na pewno przemianom głębszym, a także wyzwala w szerokich warstwach nowe aspiracje. Udział w tej działalności magazynów z modą jest na pewno niepośledni. A na pewno – niedoceniany.[11]

Być może ta wypowiedź przyczyniła się do decyzji władz o likwidacji czasopisma. W PRL-u przecież każdy miał myśleć tak samo, więc jak tu mówić o wyzwalaniu nowych aspiracji! Faktem jest, iż władza wreszcie dopięła swego i tygodnik „Ty i ja” został zamieniony na „Magazyn Rodzinny”, którego pierwszy numer ukazał się w styczniu 1974 i który po kilku latach umarł z nudów, gdyż był mdły jak „Masło Roślinne”[12].

Aleksandra Boćkowska to doświadczona publicystka, współpracowała z renomowanymi periodykami, m.in. „Newsweek”, „Elle”, „Gazeta Wyborcza”. Może dlatego postanowiła skonstruować swoją książkę w nietypowy sposób. Na pewno nie jest to historia mody w powojennej Polsce, na pewno nie jest to też żadna antologia. Autorka największy nacisk położyła na pokazanie, jak wielką rolę tak naprawdę odgrywała w tamtych czasach ta dziedzina. Pokazuje też walkę o to, by wyprowadzić modę na ulicę, sprawić, by była dostępna dla wszystkich, a także traktować ją nie tylko jako zasady dobierania ubrań, żeby móc z dumą i podniesionym czołem wyjść na ulicę, ale także jako dziedzinę sztuki, czyniąc z projektowania ubrań i wzornictwa tkanin jedną z dyscyplin, nauczanych na akademiach sztuk pięknych. Boćkowska nie pisze tego wszystkiego z własnego punktu widzenia. Jej dzieło to owoc rozmów z wieloma osobami, przedstawicielami sztuki, którzy byli aktywni zawodowo w tamtych czasach. Nie zawsze dotarcie do wszystkich osób było proste. Boćkowska wspomina o tym w książce, poświęciła temu również sporo uwagi podczas spotkania autorskiego, które odbyło się w lipcu we wrocławskim Muzeum Narodowym. Mówiła też dużo o magazynie „Ty i ja”, jako o ważnym elemencie kształtowania dobrego smaku i poczucia stylu wśród mas PRL. Obecnie „wartość” mody uległa znacznemu spłyceniu. Myślę, że to wynik jej powszechności i dostępności. Ze szkół zniknęła nauka szycia, krawiec to obecnie jeden z ginących zawodów (moim zdaniem, oczywiście). Jakość tkanin również uległa pogorszeniu, współcześnie nie do pomyślenia jest, by noszony ciuch przerabiać, robić z niego coś nowego. Książkę można potraktować jako zabranie głosu w tej sprawie. Próbę pokazania mody jako pewnego społecznego fenomenu. Także oddanie hołdu kreatywności. Wiele modelek „Mody Polskiej” czy „Hofflandu” z czasem same stawały się projektantkami, większość z nich pracowała później z sukcesami na zachodzie.

Warto poczytać o tych dawnych czasach, warto je sobie przypomnieć. Warto także dlatego, że Boćkowska pisze o PRL-u z zupełnie nowej, nie poruszanej dotąd perspektywy. To opowieść o tym, że Prawdziwa Sztuka nigdy się nie poddaje i zawsze odnosi sukces!

Łagodnie zmierzając ku końcowi, gorąco polecam lekturę książki Aleksandry Boćkowskiej „To nie są moje wielbłądy. O modzie PRL”. Po to, by zrozumieć choć trochę PRL, ale też po to, by zobaczyć o co właściwie chodzi w modzie. „Żeby zrozumieć, że iść do sieciówki i kupić modny ciuch to straszny banał…”[13]

 

[1] Wypowiedź Danuty Zagrodzkiej za: A. Boćkowska, To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL, Wołowiec 2015.

[2] Tamże, s. 216.

[3] Tamże, s. 142.

[4] Tamże.

[5] A. Dzierwa, Vive Madame Polonaise. Rozmowa z Jadwigą Grabowską, „Gazeta krakowska” 1984, nr 96, za: A. Boćkowska, dz. cyt., s. 10.

[6] A. Boćkowska, dz. cyt., s. 10.

[7] Tamże, s. 180.

[8] Tamże, s. 174.

[9] Tamże, s. 175.

[10] Tamże, s. 181.

[11] T. Kuczyńska, Do czego służą żurnale, „Ty i ja” 1973, nr 7, za: A. Boćkowska, dz. cyt., s. 186 – 187.

[12] A. Boćkowska, dz. cyt., s. 201.

[13] Tamże, okładka tylna.

więcej w dziale Papier: