YAPA czyli wędrówka po Krainie Łagodności

W dzisiejszych czasach ogromne sukcesy święci muzyka pop. Tuż za nią podążają disco polo, hip-hop z rapem oraz najróżniejsze odmiany metalu. Jednak, poza mainstreamowym nurtem występują gatunki muzyczne aktualnie nieco niszowe – szeroko pojęta piosenka turystyczna, folk i poezja śpiewana, które kryją się pod wspólną nazwą (piękną, moim zdaniem) „Krainy Łagodności”. Ten rodzaj muzyki największą popularnością cieszył się ok. 30–40 lat temu, za czasów studenckich moich rodziców. W okresie świetności muzyki „Krainy” powstała YAPA –  jeden z największych i najbardziej popularnych festiwali tej kategorii muzyki, rokrocznie od 41 lat organizowany w marcu w Łodzi. 

1557719_939830356112435_9159876102512402306_n

Czy słyszeliście kiedykolwiek o formacjach i wykonawcach takich jak Wolna Grupa Bukowina, Stare Dobre Małżeństwo, Robert Kasprzycki czy Marek Jackowski? Jestem przekonany, że nawet jeśli nie kojarzą wam się ci wykonawcy, to znacie utwory takie jak „Niebo do wynajęcia„, „Oprócz błękitnego nieba” czy „Sielanka o domu„, prawda? Są to sztandarowe klimaty YAPY, zespoły, które jeśli tylko są w stanie, uświetniają YAPĘ swoją obecnością. A festiwal wbrew wszelkim przewidywaniom i, wydawałoby się, niszowej muzyce rozwija się, rośnie i ani myśli umrzeć śmiercią zapomnianego. Wręcz przeciwnie! W tym roku nastąpiło nawet przeniesienie całej gali z sal Politechniki do sporo większej łódzkiej hali EXPO – a mimo tego jako uczestnik zaświadczam, że momentami było naprawdę ciasno!

Warto w tym miejscu opisać w kilku słowach organizację festiwalu, bo, jak wiadomo, jest to kwestia szalenie ważna przy każdym masowym przedsięwzięciu – a w przypadku YAPY dodatkowo tworzy ona niesamowity klimat. O co chodzi? Chociażby o miejsce na widowni. W teorii są tam jakieś ławki. Ale raz, że jest ich mało, a dwa, że tragicznie niewygodne. Ale… są one niepotrzebne. Lwia część publiczności przychodzi z wielkimi turystycznymi plecakami, z matami, śpiworami, kocami, tak jakby w tym momencie świeżo zeszli z górskiego szlaku na nocleg do schroniska. Dodatkowo, każdy bywalec YAPY obwieszony jest specyficznymi w dźwięku YAP-owymi gwizdkami, trąbkami i wuwuzelami. Co bardziej ortodoksyjni fani z wysiłkiem ciągną ze sobą syreny strażackie oraz wielkie, ciężkie, przedwojenne… budziki. Tak, trzeba przyznać, na festiwalu jest głośno. Bardzo głośno. Ale jedynie podczas owacji po piosenkach! Publiczność bardzo szanuje wykonawców – ale i w niespotykanym stopniu z nimi współpracuje i konwersuje. Jest jednakże jeden warunek… Każdy występujący wykonawca, konferansjer czy zaproszony gość ma obowiązek nadany przez publiczność, pod groźbą niedopuszczenia do występu (a jak już wspominałem środki ku zagłuszeniu nieposłusznego wykonawcy znajdują się na sali w obfitości!) zrobić… fikołka, do czego jest intensywnie zachęcany przez niesłabnący, choćby za dziewięćdziesiątym fikołkiem, entuzjazm publiczności. Skąd wziął się taki pomysł? Nie mam zielonego pojęcia. Prawdopodobnie już nikt tego nie wie. Ale jakie ma to znaczenie? Trzeba przyznać, śmiechu przy fikołkach jest co niemiara. Szczególnie gdy po pierwszym przewrocie do przodu publiczność uprze się na drugiego, powrotnego, tym razem do tyłu…

YAPA trwa trzy dni, a składa się z czterech ważnych części. Najpierw następuje koncert otwarcia, a następnie występy sław przeplatane z wykonaniami konkursowymi. Drugiego dnia od rana występują jedynie wykonawcy konkursowi, zaś wieczorem tegoż dnia jest tzw. nocny koncert sław. Naprawdę nocny. W tym roku trwał do czwartej nad ranem! Ostatnią częścią festiwalu jest koncert zwycięzców konkursu oraz ostatni występ gwiazdy. Ale, tak naprawdę nie o tym podziale chciałem napisać – ale o tym, co pomiędzy oraz po. YAPA poza fikołkiem ma jeszcze jedną piękną tradycję. Na otwarcie i zakończenie każdej części festiwalu, oraz przed i po każdej pomniejszej przerwie w trakcie, tańczony jest grupowy, energetyczny i szalenie satysfakcjonujący… kankan. Naprawdę, moi drodzy, niesamowicie radosnym i pięknym widokiem jest połowa publiczności trzymająca się pod ręce czy za ramiona, tańcząca z głośnym śmiechem i okrzykami pięciominutowego kankana. Przepiękna tradycja, która ogromnie łatwo łączy publiczność i wprowadza w doskonały nastrój. I pomaga w zebraniu się na odwagę do późniejszych wężyków czy tańców podczas koncertów!

A tych zaś jest nieprawdopodobna liczba – w tym roku występów pozakonkursowych, czyli tzw. sław, było aż 18, a każdy pełnoprawny, długi i z bisami! Dla równowagi zespołów konkursowych było aż 20, jednakże regulamin pozwalał im jedynie na zaprezentowanie dwóch piosenek – z wyjątkiem późniejszych laureatów, którzy mogli zaśpiewać kolejne dwa utwory po ogłoszeniu wyników. Tak wielka liczba wykonawców reprezentująca różniące się nieco, bądź co bądź, gatunki muzyki, nawet w obrębie klimatu „Krainy łagodności”, tworzy naprawdę fantastyczną atmosferę. W jednej chwili jesteśmy niesieni miękką nutą piosenki turystycznej po Beskidach i połoninach, w kolejnej siedzimy przy ognisku charyzmy barda wydobywającego z gitary najczystsze uczucia zamiast dźwięków, w kolejnej bawimy się przy prawdziwej, słowiańskiej, skocznej muzyce zespołu folkowego, by na koniec ukradkiem ocierać, łzy jakie wyciśnie z naszych oczu liryczne, emocjonalne wykonanie poezji śpiewanej. Tradycją, pewną misją YAPY, jest prezentowanie muzyki o naprawdę wysokiej jakości warstwie tekstowej i muzycznej. Poza doskonałą zabawą festiwal oferuje wiele chwil refleksji i  zadumy we wspaniałej atmosferze. Bardzo dobrze opisuje to cytat z piosenki Wojtka Bellona, od której wzięła się cała nazwa „Krainy Łagodności”:

Niech zakwita, niech oczyszcza, niech kształt nada

Tam, co w nas tkwi gdzieś na dnie samym

Niech się wznosi, niech się wznosi

Aż zabłyśnie tęczą

Do krainy łagodności bramą.

 Jednak YAPA nie kończy się na trzech dniach muzyki w marcu. W kwietniu dodatkowo organizowany jest „Rayd PoYAPowy”. W tym roku chodzić będziemy po Beskidzie Sądeckim, podziwiając piękne krajobrazy, zaś wieczorami chcemy zasiadać przy ognisku i wspólnie bawić się przy dźwiękach gitary. Już nie mogę się doczekać!

Mógłbym opisywać konkurs w najdrobniejszych szczegółach jeszcze bardzo długo. Ale wiecie co? I tak nie przekażę nawet pięciu procent tego, jak wspaniała atmosfera i muzyka towarzyszą wszystkim obecnym podczas festiwalu. Oraz oczywiście na oficjalnym „afterze” w klubie Cotton, gdzie można przy kuflu pobawić się i pośpiewać z samymi artystami. Po prostu zachęcam wszystkich i każdego z osobna – przyjedźcie, posłuchajcie, sprawdźcie. Naprawdę warto. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłem. I to całe trzy dni i noce z rzędu. Bo któżby tam spał, gdy w EXPO grają koncerty, a potem bawią się do rana w pubie po to tylko, by potem od razu wrócić na festiwal. Fantastyczna rzecz, ta nasza łódzka YAPA.

21.03.2016

więcej w dziale Scena: