Zapomnianie perełki polskiego kina

Na współczesne technologie można narzekać, ale to, co niewątpliwie jest ich mocną stroną, to możliwość dotarcia do tego, co zapomniane, poznania nowych aspektów historii, bo przecież nie jest ona tylko szeregiem dat i plikiem dokumentów. To także zmieniająca się świadomość i psychika ludzi z różnych środowisk, co najlepiej można zobaczyć w filmie, teatrze, kabarecie.

Bez tytułu

Nawet, jeżeli wybierzemy się na film kostiumowy, albo spektakl, który wrócił na afisz po latach przerwy, nie będziemy już w stanie przyjąć tego obrazu bez nałożenia współczesnych kalek – skojarzeń, dystansu, być może kpiny. Myślimy współcześnie, od czego nie da się uciec. Jednak Internet, któremu zarzuca się szerzenie kiepskiego gustu, wulgarnego języka i niskiej kultury, jest jednocześnie istnym rajem dla miłośników zapomnianego kina. Na portalach YouTube, Kinomaniak, E-kino i wielu innych, mamy dostęp właśnie do tej części historii, która – jak na razie – uniknęła nieszczęścia naszywania współczesnych łatek i szeroko rozumianej „lustracji”. O ile dzisiaj każdy młody człowiek zna cytaty z „Misia” Barei lub „Seksmisji” Machulskiego, pamięta kultowe sceny z „Popiołu i diamentu” albo „Ziemi obiecanej”, świadomość o istnieniu innych obszarów polskiego kina (wcale niekoniecznie cieni, ale przygasłych blasków) jest u przeciętnego odbiorcy niewielka. Trudno się dziwić – każda dziedzina sztuki przechodzi przez pewną selekcję krytyków, festiwalowych jury, czy wreszcie publiczności. W przypadku twórczości z czasów PRL-u występuje też zjawisko odwrotne – niezwykła popularność filmów, książek i programów objętych cenzurą. Filmy, które z różnych powodów trudno zaklasyfikować, zostały zapomniane. Po powrocie z wirtualnej podróży po filmowych strychach i piwnicach może nie będzie łatwo zabłysnąć cytatem, ale mogę zagwarantować, że już niedługo będziecie chcieli wybrać się w kolejną. Dzisiaj przybliżę Wam dwa obrazy, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

„Mniejsze niebo”, czyli wołanie o wolność z… wrocławskiego dworca

Oglądając polskie filmy z początku lat 80 nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwykle mówią coś więcej niż ich warstwa dosłowna. Wspomniałam już o „Misiu”, do innych odważnych wyzwań czasów wzmożonej cenzury możemy też zaliczyć „Przypadek” Kieślowskiego, „Człowieka z żelaza” Wajdy, „Debiutantkę” Barbary Sass. Jednak to, co zobaczyłam w filmie Janusza Morgensterna z pierwszoplanową rolą Romana Wilhelmiego, przerosło moje oczekiwania. Film w doskonały sposób pokazuje mechanizmy działania opresyjnego systemu, pod przykrywką portretu psychologicznego człowieka, który być może zwariował, w każdym razie na pewno przechodzi poważny kryzys osobowości. Przestrzeń i plastyka wydaje się niemal kafkowska: mamy wrocławski dworzec, z jednej strony fascynujący monumentalną architekturą, z drugiej jednak szary i posępny. W tym budynku rozgrywa się większość scen i to tam spędza czas główny bohater – inteligent, który w pewnym momencie postanowił opuścić rodzinę i zrezygnować z pracy w instytucie. Nie wiemy, co skłoniło go do decyzji zamieszkania na dworcu, film jednak nie stara się odpowiedzieć na to pytanie. Pokazuje za to całą galerię pozornie życzliwych postaci, które okazują się wrogami głównego bohatera; pod przykrywką chęci niesienia pomocy, zaczynają go prześladować. Artur sam nie wie, komu może zaufać, z człowieka zadziwiającego wyrachowanym spokojem zmienia się w czujnego uciekiniera przed karą za nieuzasadnioną winę. Co dzieje się w psychice bohatera, widz może się jedynie domyślać, jednak obiektywnie dziwaczne zachowanie Artura od początku budzi większą sympatię niż natarczywe zainteresowanie znajomych, którzy plan działania ustalają na wewnętrznych naradach. Dziennikarz Marek (Jan Englert), dawna sympatia żony Artura (Beata Tyszkiewicz), pod pretekstem pomocy przyjaciółce w sprowadzeniu do domu męża i ojca jej dzieci, przygotowuje „gorący materiał” do telewizji. Wcześniej sprytnie unikający przyjaciela, Filipa i wysłanego przez niego psychiatry, ścigany przez nacierających ze wszystkich stron kamerzystów Artur, znajduje się w pułapce. Film zaskoczył mnie nie tylko znakomitym wykorzystaniem dosłownie całej przestrzeni dworca i wybitną (choć niepamiętaną dzisiaj) grą Romana Wilhelmiego, ale wielością możliwych interpretacji. Czy jest to film o bezradności inteligencji względem systemów partyjnych, jednostki względem sieci inwigilacji, czy może egzystencjalną metaforą? A może warto zadać inne pytanie – czy w pierwszej połowie lat 80, w Polsce, istniała w ogóle szansa na życie, które obiektywnie można nazwać normalnym? Jeżeli tak, kto był uprawniony do takiej oceny? Gdzie leży granica wolności człowieka, za kogo i za co on tak naprawdę odpowiada? „Mniejsze niebo” zadaje dużo więcej pytań, niż daje nam odpowiedzi. Może dlatego film nie dołączył do galerii kina kultowego.

Z archiwum erotyki – „Maddalena” Kawalerowicza

Brak obecności „Maddaleny” wśród współcześnie docenianych filmów polskich reżyserów dziwi mnie z kilku względów. Po pierwsze, moda na erotykę nie słabnie i chyba nigdy nie przechodziła kryzysu, po drugie, bardzo głośnym tematem dyskusji stała się niedawno seksualność księży i moralna ocena ich zachowania. Właśnie tych dwóch sfer dotyka obraz Jerzego Kawalerowicza (z 1971 r.), który umieścił akcję filmu we Włoszech, kolebce dwóch wielkich tradycji – łacińskiej i chrześcijańskiej. Przez cały film przewijają się motywy ewangeliczne i mitologiczne, jednak widz nie odczuwa przesytu, bo są one bardziej częścią plastyki niż samej fabuły. „Maddalena” to historia niezwykle zmysłowej kobiety (w tej roli Lisa Gastoni) uwodzącej młodego księdza (Eric Woofe). Cała historia oparta jest na ich dialogach, a właściwie monologach bohaterki i, w znacznej mierze niewerbalnych, reakcjach mężczyzny na jej zachowanie. Pojawiają się jednak postacie drugoplanowe – rybak, z którym spędzi noc Maddalena, wywołując zazdrość niedoszłego kochanka, matka głównego bohatera, będąca kobietą niemalże świętą. Miejsca, w których toczy się akcja to kościół (Maddalena nie zawaha się kusić księdza spojrzeniem w czasie odprawiania mszy), plaża, ale także ukazane w naturalistyczny i również nasuwający biblijne konotacje, więzienie. Klasyczna jest za to cielesność bohaterów, szczególnie sceny kąpieli Maddaleny w morzu, kiedy wyłania się naga, niczym Afrodyta, z morskiej piany. Psychika bohaterów również zdaje się bardziej ludzka niż biblijna; główny bohater ukazany jest przez pryzmat wahania i wątpliwości, które nie prowadzą jednoznacznie na ścieżkę dobra lub zła. Maddalena spotyka go w chwilach słabości i to jej kobiecość staje się w filmie największą, niekwestionowaną siłą, nie zaś, jak można by przypuszczać – potępienie grzechu, na które duchowny nie jest w stanie się zdobyć. Jest mężczyzną wrażliwym, rozumiejącym zbyt wiele, żeby przyjąć jakiekolwiek stanowisko. Fabuła przypomina bardziej antyczną tragedię, w której nie ma dobrego rozwiązania, niż biblijną przypowieść. Dodatkowym walorem jest kolorystyka filmu, zbliżona do sepii; barwy są przytłumione, co niezwykle współgra nie tylko z emocjami bohaterów, ale klimatem włoskiego, upalnego lata. Pisząc o „Maddalenie” jako perełce polskiego kina, nie mogę nie dodać, że poza nazwiskiem reżysera, jest w nim właściwie niewiele polskości. Kawalerowicz skompletował obsadę wśród włoskich aktorów, również w scenariuszu jego autorstwa brakuje właściwie jakichkolwiek słowiańskich akcentów. Mimo, że jestem miłośniczką polskiego kina i jego „smaczków”, tym, co urzekło mnie w „Maddalenie”, jest europejska uniwersalność, niejako powrót do korzeni. Tym bardziej dziwi mnie, że film nie dołączył do panteonu ani polskiego, ani międzynarodowego, na co pod wieloma względami zasługuje.

15.07.2014

więcej w dziale Ekran: